Gdy już wjechaliśmy na przedmieścia i wzrokiem mierzyłem ciemne, ponure domostwa, do głowy wpadł mi głupi pomysł. Może powinienem zmienić wskazany kierowcy adres z mojego, na ten właśnie nadesłany przez Goslinga? W zasadzie nie miałem konkretnego planu, jeśli chodzi o odwiedzenie Aleksandry. Mogłem to zrobić teraz. Oczywiście mogłem też zrobić to choćby nazajutrz, gdy wyglądałbym jak człowiek, pachniał drogimi perfumami i w ramach rekompensaty obdarowałbym ją bukietem kwiatów. Co najmniej bukietem kwiatów.
- Przepraszam? - wydusiłem z siebie półgłosem, zaskakując tym samego siebie.
Kierowca poruszył się, gdyż przywykł do błogiej ciszy i zapewne myślał, że zdążyłem usnąć.
- Słucham pana? - zareagował po chwili, odpowiadając mi uprzejmie.
Przecież nie mogłem zaskakiwać jej w środku nocy!
- Czy moglibyśmy odbić w stronę Notting Hill? Mała zmiana planów... - odpowiedziałem szybko, aby nie dawać sobie czasu do namysłu.
Chciałem choćby zobaczyć jej dom. To z pewnością pomogłoby mi w planowanej na następny dzień wizycie. Oswoiłbym się z tym miejscem, z widokiem drzwi wejściowych, w które kilkanaście godzin później miałem zapukać i które nieśmiało miałaby otworzyć zaskoczona blondynka. Tak przynajmniej wtedy postrzegałem sytuację. Nie miałem pojęcia, że czekała mnie przedziwna noc i jeszcze dziwniejszy poranek. I cała reszta mojego trochę dziwnego życia.
Kierowca zatrzymał się przy szeregu kamienic w stylu wiktoriańskim. Na niedawno odnowionych granatowych drzwiach w świetle latarni błyszczał złoty numer 326. Przy drzwiach wejściowych ustawiono dwie ogromne, gliniane donice, które opiekowały się pokaźnymi tujami. Stanąłem na czarno-białej posadzce. Wzrok zawiesiłem na złotej kołatce, intensywnie myśląc.
- Co ja robię... - wyszeptałem sam do siebie, wyciągając dłoń na wysokość twarzy i niemal dotykając knykciami wymalowanych drzwi.
Już miałem zapukać, gdy skrzydło drzwiowe uchyliło się i pod wpływem dość mocnego pchnięcia uderzyło mnie w czoło. Nie wydałem z siebie żadnego dźwięku, a jedynie skrzywiłem się z niesmakiem i zatoczyłem w stronę poręczy. Ręce automatycznie uniosłem na wysokość głowy, jakbym chciał ochronić ją już po fakcie.
- Oj... - usłyszałem ciche westchnięcie kobiety.
Jej słowom towarzyszył charakterystyczny szelest plastikowych toreb. Ciekawość sprawiła, że na moment zapominając o promieniującym bólu zerknąłem w stronę Oli. Dłonie zacisnęła na ogromnych workach na śmieci. Unosząc jedną brew i wyglądając, jakby raziło ją słońce, dokładnie mnie obserwowała. Wciąż ubrana była w wyjściową sukienkę, lecz to jedyne, co wskazywało na to, że była gościem weselnym. Makijaż niemal całkowicie starł się z jej twarzy, a przez swój nawyk przerzucania włosów z jednej strony na drugą, pod koniec dnia zawsze wyglądała, jakby tydzień temu pożegnała się z prysznicem. Ku mojemu zdziwieniu jej oczy nie były spuchnięte od płaczu. Wyglądała na zwyczajnie zmęczoną.
Patrzyliśmy się na siebie w milczeniu przez kilkanaście długich sekund. Całkowicie zapomniałem o bólu.
- Przepraszam - przerwała niezręczny moment ciszy, po czym przełknęła ślinę, wyczekując mojej reakcji.
- Nic się nie stało. Chyba przeżyję - uniosłem kącik ust, w końcu zsuwając dłoń z czoła.
Ręką raczej nie byłem w stanie usunąć tworzącego się powoli guza.
- Przepraszam za zerwanie z tobą przez telefon - obciążyła mnie poważnym spojrzeniem, ale jej coraz szerszy uśmiech powoli zdradzał ironię.
Po dwóch długich latach bez niej, przepełnionych smutkiem, tęsknotą, niedopowiedzeniami i pytaniami, ona chciała żartować.
Wdech, wydech. Byłem gotów na odpowiedź.
- Spoko.
Uśmiechając się radośnie opuściła wzrok na czarno-białą posadzkę, podczas gdy moją twarz rozjaśniło szczere uniesienie kącików ust. Gdy już chciałem spytać o jej życie, odwróciła się i bosymi stopami zbiegła po kilku schodkach. Worki pełne śmieci zostawiła przed furtką. Wracając w stronę drzwi wejściowych wciąż zaciskała dłonie, mimo tego, że nie musiała już trzymać plastikowych siatek. Była nerwowa. Może i nasze humorystyczne powitanie nieco rozluźniło atmosferę, ale nie na tyle, abyśmy mogli teraz pójść razem na lunch i gawędzić o problemach życia codziennego.
- Co tu robisz? - zagaiła, kładąc dłoń na klamce otwartych na oścież drzwi.
Ciekawe, czy chciała nimi trzasnąć i zostać ze mną na zewnątrz, czy też wejść do środka i odciąć się ode mnie po raz drugi w swoim życiu.
- Zachowałem się dziś jak dupek. Nie wiedziałem, że wcześniej, w namiocie...
Starałem się znaleźć najdelikatniejsze słowa.
- Nic się nie stało. Jest okej - strzelała we mnie słowami, na twarzy pozostawiając niezobowiązujący uśmiech.
Kłamała. Mogła zmienić fryzurę, dom, styl, mogła zamieszkać z poważnym facetem i dzieckiem, ale wewnątrz wciąż była tą samą Olką. Podczas swojej wypowiedzi nie mrugnęła ani razu i patrzyła prosto w moje oczy niczym zahipnotyzowana. Robiła tak, gdy chciała kogoś przekonać do swoich kłamstw.
- A ta sytuacja z twoim... chłopakiem? - przyglądałem się jej dokładnie, czekając, aż pęknie.
- To naprawdę nie twoja sprawa. Powinieneś już iść - pretensjonalnie uniosła brwi, zakładając ręce na wysokości klatki piersiowej.
Wystarczyłoby kilka słów więcej z mojej strony i zaczęłaby okładać mnie pięściami. Jej twarz zaczerwieniła się ze złości. Początkowa przyjemna atmosfera, którą stworzyła tuż po uderzeniu mnie drzwiami, zdawała się być snem.
Z tylnej kieszeni spodni wysunąłem niewielki notes, w który włożony był plastikowy długopis. Wyrwałem szybko jedną z kartek i przycupnąłem. Zanotowałem mój numer, po czym złożoną wpół kartkę wsunąłem pod glinianą donicę. Początkową myślą było złapanie Oli za rękę i wsunięcie kawałka papieru w jej dłoń, ale szybko uświadomiłem sobie, że kontakt fizyczny wywołałby w niej istną burzę.
Zbiegłem po schodach i dorzuciłem.
- Prędzej czy później zadzwonisz. Choćby po to, żeby załatwić sobie darmową wejściówkę na koncert.
Pozwoliłem sobie na żart niskich lotów w nieodpowiedniej sytuacji. Mogłem. Zapewne widziałem ją po raz ostatni i było mi wszystko jedno.
Rozluźniłam mocno zaciśnięte, spocone już dłonie. Oddychałam szybko i płytko. Przez chwilę jeszcze stałam przed drzwiami, odprowadzając go wzrokiem. Miałam nadzieję, że nie wróci. Mój rozum podpowiadał, że powinnam wrócić do środka, przygotować obiad na jutro, przetrzeć kuchenne blaty, po czym intensywny dzień zakończyć gorącym prysznicem i ośmiogodzinnym snem. Wmawiałam sobie, że muszę zachowywać się jak dorosła, odpowiedzialna kobieta. Krzyczałam na siebie w myślach.
Przekroczyłam próg i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Przekręciłam kilka zamków i zrobiłam jeden krok w stronę przedpokoju. Zatrzymałam się, oparłam plecami o drzwi wejściowe i zsunęłam po nich, usadawiając się na zimnej podłodze. Zamknęłam powieki i objęłam zimnymi dłońmi twarz.
Szedłem przed siebie przez kilkadziesiąt minut. Nie wiedziałem, czy wciąż przemierzałem ulice Notting Hill, czy też wkroczyłem już na teren Kensington. Powinienem był zadzwonić po taksówkę i wrócić do mieszkania, bo zrobiło się naprawdę zimno. Na dobitkę brakowało mi jeszcze przeziębienia. W kieszeni spodni wibrował telefon. Z jednej strony byłem na nią zły, a z drugiej pragnąłem, aby na ekranie wyświetlił się nieznany numer. Niecierpliwie spojrzałem na iPhone'a.
- Jesteś świadoma, że w Anglii jest aktualnie środek nocy? - rozpocząłem, zanim przywitała mnie melodyjnym głosem.
- Miałeś oddzwonić - odpowiedziała Taylor, całkowicie ignorując moje pytanie.
Zatrzymałem się i usiadłem na krawężniku obok latarni.
- Dziewczyno, to był naprawdę ciężki wieczór... - westchnąłem, mając nadzieję, że nie będę musiał jej wszystkiego opowiadać.
Byłem zmęczony zarówno psychicznie jak i fizycznie.
- Właśnie przeglądam na Twitterze #edsheeran... - przerwała, a ja słyszałem, że stuka w klawiaturę.
- I? - pośpieszyłem ją, wyjątkowo zainteresowany.
- Ładnie wywijałeś z jakąś panną do Thinking Out Loud - dokończyła, a ja słyszałem, że się uśmiechała.
Na dłuższą chwilę całkowicie zapomniałem o Cherry. Pokręciłem głową, delikatnie się uśmiechając i obracając w lewej dłoni niewielki kamyk zgarnięty z jezdni.
- To moja znajoma z Suffolk - wyjaśniłem, odtwarzając w głowie miłe wspomnienia z minionego wieczoru, których było stosunkowo niewiele.
- Ładna znajoma - dorzuciła Swift.
- Bawisz się w swatkę będąc kilka tysięcy kilometrów stąd? - roześmiałem się, a moja przyjaciółka już zaczęła się tłumaczyć.
Dostrzegłem zbliżającą się w moją stronę grupę nietrzeźwych kobiet. Skąpo ubrane w świetle latarni dostrzegły mój charakterystyczny kolor włosów. Opuściłem głowę, próbując zataić swą tożsamość. Zaczęły żartować, że spotkały Eda Sheerana, po czym fałszywie odśpiewały refren przeklętego "Thinking Out Loud". Rozbawiło mnie to.
- Słyszysz? - wyszeptałem do Taylor.
- Aż za dobrze! - odpowiedziała, niemal dławiąc się śmiechem.
- Czas się ujawnić? - zapytałem po kilku sekundach, gdy dziewczyny dobrały się już w pary i zaczęły beztrosko pląsać po jezdni.
- Dawaj - zachęciła mnie.
- Pogadamy jutro - pożegnałem się i namierzyłem palcem na ekranie czerwoną słuchawkę.
Wstałem i wsunąłem telefon do kieszeni. Odchrząknąłem, po czym zacząłem zwrotkę "Don't" śpiewając na tyle głośno, aby mieć pewność, że rozweselona grupka mnie usłyszy. Dziewczyny zamarły.
Po kilkuminutowym potwierdzaniu, że to naprawdę ja, przeprowadzeniu krótkiej sesji zdjęciowej i odpowiedzeniu na parę niezręcznych pytań, zadzwoniłem po taksówkę. W nieco poprawionym nastroju wróciłem do starego mieszkania. Otworzyłem drzwi i przywitał mnie widok kilku ogromnych walizek oraz pokrowców z gitarami. Nie kłopocząc się ściąganiem butów wyciągnąłem jeden z instrumentów, podszedłem do kanapy, a na stoliku znajdującym się naprzeciw położyłem mój notes i długopis.
Istny rollercoaster emocji musiałem przeobrazić w tekst piosenki.
Obudził mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Niechętnie otworzyłem oczy, które drażniło światło lampy. Zegar wyświetlał niemal czwartą rano. Dłonie miałem ułożone na gitarze, więc domyśliłem się, że zasnąłem pisząc tekst. Szybko sięgnąłem po wydające irytujące dźwięki urządzenie.
- Tak? - zachrypiałem, gotów ochrzanić Taylor za wieczne zapominanie o istnieniu stref czasowych.
- Przysięgam, że nie chodzi o te bilety... - rozpoczęła po chwili.
Chciałem odpowiedzieć, ale bałem się, że źle dobiorę słowa i znów coś schrzanię.
- Masz chwilę na rozmowę? - wyszeptała. - Cholera... dochodzi czwarta rano. Naprawdę przepraszam za nieprzyjemną pobudkę. Zgłupiałam...
- Przyjadę do ciebie - odpowiedziałem, zanim, nie daj Boże, postanowiłaby się rozłączyć.
- Co? - wydusiła z siebie, nie mając pewności, czy dobrze usłyszała.
- Zamówię taksówkę i będę za... - szybko obliczyłem czas dojazdu. - Daj mi dwadzieścia minut.
Rozłączyłem się i wstałem, po czym kilkoma dużymi krokami przeszedłem do przedpokoju. Na nogi wsunąłem buty, równocześnie telefonicznie zamawiając transport.
Po niespełna półgodzinie kierowca zatrzymał się pod znanym mi już budynkiem. Niecierpliwie wyskoczyłem z samochodu i przebiegłem kilkumetrowy dystans, nie mogąc doczekać się widoku jej twarzy. Stojąc tuż przed granatowymi drzwiami uniosłem dłoń i delikatnie zapukałem. Tym razem się nie wahałem.
Otworzyła mi wyprana z emocji blondynka. Makijaż, który wcześniej jako tako trzymał się twarzy, teraz roztarty był na policzkach i brodzie.
- Faktycznie jesteś - zachrypiała, mierząc mnie błyszczącymi oczami.
W odpowiedzi objąłem ją mocno i wtuliłem w siebie.
Jej kruche i wycieńczone ciało całkowicie mi się poddało. Nawet nie próbowała zgrywać silnej. Podbródek podparła na moim ramieniu.
Poczułem uderzenie ciepła i znany zapach jej włosów, które uświadomiły mi, że teraz będzie lepiej. Choćby na kilka minut. Swoją obecnością ściągnęła dobijający mnie od dłuższego czasu ciężar. Uśmiechnąłem się, choć okoliczności spotkania nie były radosne.
Po dłuższej chwili rozluźniłem ręce, a ona odsunęła się ode mnie na krok.
- Wejdź - zaprosiła mnie, na usta wprowadzając uśmiech, który nie współgrał z zasmuconą twarzą.
Przekroczyłem próg, stawiając niepewnie kolejne kroki, które doprowadziły mnie do sporych rozmiarów salonu. Usadowiłem się na kanapie, a moje serce waliło jak szalone. Czułem się cudownie. Sytuacja, która miała miejsce przed chwilą była wyjątkowa. Brakowało mi Oli. Chciałem opowiedzieć jej każdy z ponad sześciuset dni, który spędziliśmy bez kontaktu. Zwykle nużyły mnie pogawędki o trasie, Taylor, tysiącach fanów, wywiadach i spotkaniach ze znanymi i bogatymi mieszkańcami Kalifornii. Po raz pierwszy nie mogłem doczekać się rozmowy o moim życiu.
- Napijesz się czegoś? - usłyszałem głos dobiegający z drugiej strony domu.
Zmarszczyłem brwi, po czym odpowiedziałem dość szybko.
- Nie wygłupiaj się. Chodź.
Po kilku sekundach stanęła w progu drzwi łączących przedpokój i salon. W dłoni trzymała zwilżoną szmatkę, którą chwilę wcześniej przetarła kuchenny blat.
Uniosła kąciki ust, powoli mrugając zmęczonymi powiekami.
- Dobrze Cię w końcu zobaczyć.
Odpowiedziałem jej uśmiechem, palcami dłoni nerwowo klepiąc w kolana. Sam nie wiedziałem, czy chodziło o stres czy ekscytację.
- Za mało Ci w Londynie billboardów z moim wizerunkiem? - uniosłem brwi, udając zaskoczenie.
- Niestety nie jesteś fotogeniczny i zdjęcia reklamowe nie oddają w pełni twojego uroku... - odpowiedziała dość szybko, po czym wróciła powoli do kuchni.
Wyglądałem za nią wzrokiem, obserwując, co planuje zrobić. Podeszła do nastawionego na piecu garnka i zamieszała kilkoma ruchami jego zawartość. Po chwili dobiegł do mnie zapach warzywnej zupy. Odwróciła się i z kuchennej wyspy zgarnęła karafkę wody.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś mogła wyjaśnić mi kim jest twoje dziecko, dlaczego kilka godzin temu odrzuciłaś oświadczyny i dlaczego zerwałaś ze mną bez konkretnego powodu.
Wypowiedziałem to zdanie na jednym wdechu. Wypłynęło ze mnie naturalnie. Potrzebowałem odpowiedzi na pytania, przez które w niejedną noc nie mogłem zasnąć. Po dogłębnych analizach podjętych przez Olę decyzji wciąż nie wiedziałem co nią kierowało. Spodziewałem się każdej odpowiedzi.
Sulewski nie wyglądała na zszokowaną. Chyba tylko czekała, aż będzie mogła się przede mną otworzyć. Podeszła do stolika, odstawiła wodę i usiadła na fotelu. Dochodziła piąta rano i zaczęło świtać.
- Gdy wyjeżdżałeś w trasę i między nami w końcu zaczęło się układać, w moim życiu prywatnym wszystko runęło.
- Czyli nie byłem twoim życiem prywatnym? - musiałem wtrącić.
- Chyba nie... - odpowiedziała mi bardzo szybko.
Opuściła wzrok, przygryzając nerwowo wargę. Przełknęła ślinę, w głowie wertując myśli. Zaczęła oddychać szybciej. Schowałem twarz w dłoniach, próbując przyswoić zaskakujące informacje.
- Przed twoim wyjazdem w trasę zmarł mój ojciec...
Zmarszczyłem brwi, gdy moje oczy wciąż szkliły się od łez, które napłynęły do nich przed sekundą.
- Szybko wyleciałam do Polski, żeby podpisać jakieś papiery. Okazało się, że mam siostrę, którą musiałam zaadoptować - zatrzymała się na chwilę.
Na jej twarz wtargnął cień uśmiechu. Wzrok wciąż wbijała w dywan. Przyglądałem się dokładnie jej mimice.
- W zasadzie nie musiałam jej adoptować, ale chciałam to zrobić. Chyba nie byłbyś w stanie zostać gwiazdą i ojcem w tym samym czasie? - prychnęła, chcąc przeobrazić to wszystko w żart.
- Tego nigdy się nie dowiemy - zareagowałem sfrustrowany.
Zalała mnie fala wiadomości, na które zdecydowanie nie byłem gotów. Starałem się nie rozpłakać. Nie na jej oczach. Byłem wściekły. Powoli wstałem z kanapy i ruszyłem w stronę wyjścia. Potrzebowałem fali świeżego powietrza. Ola odprowadzała mnie wzrokiem. Zatrzymałem się w korytarzu, niemal łapiąc za klamkę.
Wiedziałem, że jeśli teraz wyjdę, ciężko będzie wrócić. Możliwe, że opcja powrotu zniknie całkowicie. Biorąc głęboki wdech odwróciłem głowę w prawo. Ujrzałem ścianę, której niemal całą powierzchnię wypełniały ramki ze zdjęciami. Na większości ze zdjęć znajdowała się mała, roześmiana blondyneczka. Niektóre z nich przedstawiały samą Olę. Jedno z nich przedstawiało Olkę w objęciach niedoszłego narzeczonego. Tuż pod tym zdjęciem znajdowała się fotografia małej dziewczynki na trybunie stadionu Wembley, gdzie w tle dostrzegałem znajomą scenę. Na środku sceny znajdowała się maleńka kropeczka, którą byłem ja. Ze zdziwieniem unosząc jedną brew, zjechałem wzrokiem niżej. W srebrnej ramce znajdowała się biała kartka z ręcznie wypisanym we keep this love on a photograph. Nie mogąc uwierzyć własnym oczom szybko ściągnąłem ramkę ze ściany, poluzowałem jej zaczepy i ze środka wysunąłem fotografię. Zanim zdążyłem odwrócić zdjęcie i na nie spojrzeć, usłyszałem delikatne pukanie w drzwi. Przestraszony nakierowałem wzrok z powrotem na granatowe drzwi wejściowe, w tym samym czasie automatycznie chowając ramkę ze zdjęciem za kurtkę. W przedpokoju szybko pojawiła się Ola. Zmierzyła mnie zaskoczonym i zaniepokojonym wzrokiem.
- Dlaczego jeszcze nie wyszedłeś? Kto puka w drzwi? - zadała szeptem kontrolne pytania, nie zwracając uwagi na brakującą na ścianie ramkę.
- Nie mam pojęcia - wyrzuciłem z siebie równie zdziwiony.
Olka chwyciła mnie za łokieć i siłą pociągnęła w stronę schowanego tuż przy schodach pokoju gościnnego. Powoli, jak najciszej przymknęła drzwi do pokoju, tuż po tym, gdy schowała mnie niczym kochanka.
- Przepraszam cię za tą bezsensowną sytuację - usłyszałem głos mężczyzny.
Prawie przytuliłem się do drewnianych drzwi, chcąc jak najlepiej słyszeć prywatną rozmowę.
- Oświadczyny nie są bezsensowne - odpowiedziała mu spokojnie Ola.
- Nie przemyślałem tego, dałem się ponieść emocjom, nie rozmawialiśmy o tym...
Ciągnął swój monolog, gdy padający ze zmęczenia ja stałem za drzwiami, zastanawiając się, czy uda mi się ukraść ramkę ze zdjęciem. Nawet nie miałem siły słuchać wypocin niedoszłego męża. Usiadłem przy ścianie tuż obok drzwi, przymykając powoli powieki. Gdy zorientowałem się, że zaczynam zasypiać, przetarłem dłońmi twarz i otworzyłem szeroko oczy. Szczypałem się w policzki, próbując się rozbudzić.
- Ale jeszcze kiedyś cię namówię... - usłyszałem wyrwane z kontekstu słowa mężczyzny.
Facet chyba skończył swoją przemowę. W KOŃCU.
- I na naszym weselu też zaśpiewa Ed Sheeran? - odpowiedziała mu, żartując.
Jaja sobie robiła?! Wiedziała, że podsłuchuję!
- Zaśpiewa Ed Sheeran, kolację przygotuje Jamie Oliver, a pod sufitem będą latały świeczki jak w Hogwarcie!
Prędzej zorganizują sobie samego Harrego Pottera niż mój występ. Mógłbym wyjść z kryjówki i wyjaśnić przyszłemu fantastycznemu małżeństwu, że ich marzenia się nie ziszczą. Niestety naprawdę nie miałem na to siły, to po pierwsze, a po drugie sytuacja byłaby zbyt abstrakcyjna. Przewracałem oczami, wciąż siedząc na podłodze. Czekałem, aż opera mydlana dobiegnie końca.
Świtało, Aleksandra zalała mnie zbyt dużą ilością przerażających informacji, po czym tuliła się do obecnej miłości swojego życia, gdy ja stopniowo konałem z wycieńczenia. Chciałem się stamtąd wydostać i napić się kawy.
Usłyszałem, jak ktoś zbiega po schodach. Stopnie i moją głowę dzieliła cienka ściana, więc byłem pierwszą osobą w tym domu, która dowiedziała się o wczesnej pobudce córki, czy tam siostry Oli.
- Sam! - krzyknęło piskliwie dziecko, a na mojej twarzy pojawił się grymas.
Nie spodobało mi się jego imię. Nie wiedziałem, czy nie lubiłem tego imienia od dłuższego czasu, czy dopiero od teraz.
- Dlaczego tak szybko pojechałeś do domu? - zapytała dziewczynka, po czym podbiegła w stronę drzwi wejściowych.
- Musiałem coś załatwić - odpowiedział jej.
I raz jeszcze przewróciłem oczami. Wkurzał mnie każdym wypowiedzianym słowem.
- Zobaczymy się później, Nessie. Wracaj do łóżka, ja też wrócę do spania. Jest bardzo wcześnie.
Choć raz powiedział coś mądrego. Miałem nadzieje, że jego wypowiedź rozgoni towarzystwo i w końcu będę mógł wyjść z tego przeklętego domu, zamówić taksówkę i wrócić do mieszkania jak normalny człowiek.
- Zostań u nas! - zareagowała energicznie dziewczynka, a kolejnym co usłyszałem było wciśnięcie klamki.
Spojrzałem w lewo. Mój wzrok zetknął się z jej wzrokiem. Niech to szlag.
~ * ~
Teraz tu już nie wiem kto jest bardziej zaskoczony. Wy czy ja.
piątek, 9 sierpnia 2019
sobota, 9 września 2017
Rozdział XLVIII
Stąpałem po wilgotnej trawie, koncentrując wzrok na czarnych butach.
- Cześć, to twój chłopak? Mąż? - wyszeptałem pod nosem, chcąc na szybko wyćwiczyć początek rozmowy.
Gdy tylko zacząłem to robić, uświadomiłem sobie jednak, iż nie powinienem. Nie szło mi to najlepiej. Już wolałem pozostawić naszą pogawędkę losowi.
Znajdując się marne kilka metrów od wejścia do namiotu, moje serce zaczęło bić w szalonym tempie. Stresowałem się jak przed wejściem na scenę. A może bardziej? Wychodząc przed tysiące podekscytowanych fanów zawsze spodziewałem się tej samej reakcji - okrzyki radości, aplauz, piski. Jakiej reakcji mogłem spodziewać się ze strony Aleksandry? Dobre pytanie.
Przekroczyłem próg namiotu, czując, jak z nerwów pocą mi się dłonie. Zacisnąłem je mocno, po czym wziąłem głęboki wdech. Przede mną, na parkiecie, szalały nie do końca trzeźwe już pary, a ja musiałem dostać się do stolika numer siedem, który znajdował się na drugim końcu sali. Przeciśnięcie się przez tłum spoconych, głośnych ludzi nie należało do najprzyjemniejszych momentów wieczoru. Próbowałem prześlizgnąć między tańczącymi jak najszybciej, lecz nieważne jak bym się starał, co ułamek sekundy obijały się o mnie przypadkowe osoby. W końcu z impetem wpadła na mnie jakaś kobieta, której potargane włosy ograniczyły mi widoczność i... wpadły do buzi? Fuj! Pasma jej włosów pachniały wspaniale, lecz smakowały goryczą. Smak perfum nie należał do moich ulubionych. Usiłowałem powstrzymać grymas, który wkradał się na moją twarz, aby nie wyglądać jak obrażony chłopiec, gdy razem z kobietą skupiliśmy na sobie wzrok kilku par. Wprowadziłem na usta delikatny, niezobowiązujący uśmiech, finalnie mierząc wzrokiem twarz przyczyny całego zamieszania - szczupłej blondynki.
- Przepraszam najmocniej... - wyrzuciła z siebie zdyszanym głosem, gdyż przez ostatnie kilkanaście minut szalała na parkiecie.
Ola wyglądała, jakby dopadła ją amnezja. Wlepiła we mnie tępe spojrzenie, gdy do jej boku przykleiła się drobna dziewczynka. Nie chciałem robić scen.
- Nic się nie stało - odpowiedziałem powoli, czując, że nadszedł czas, bym wrócił do domu.
Jej puste spojrzenie odebrało mi jakiekolwiek nadzieje na przeprowadzenie choćby krótkiej rozmowy. Odwróciłem się jak najprędzej, starając się uciec z namiotu. Raz jeszcze musiałem stawić czoła tańczącym parom, które obijały się o mnie w szalonych pląsach.
- To niesprawiedliwe! Chcę z nim zdjęcie! Proszę! - do mych uszu dobiegały coraz głośniejsze lamenty, którym stopniowo zaczął towarzyszyć płacz. - Nie bądź taka! Błagam!
Domyśliłem się, że chciała zdjęcie ze mną. Byłem główną atrakcją wieczoru. Domyśliłem się też, że osobą protestującą rozpaczliwym głosem była podopieczna Oli. Przez moment rozważałem nawet opcję zawrócenia i spełnienia marzenia dziewczynki, ale... No właśnie. Jeśli chodzi o Olę zawsze pojawiało się jakieś ale. Jedno ale wystarczyło, abym bez dalszych, irytujących przemyśleń wyszedł za próg i skierował swe kroki prosto do samochodu.
Zaparkowałem kawałek od wejścia, gdyż nie przybyłem na wesele jako jeden z pierwszych. Wszystkie miejsca najbliżej domu były zajęte. Mój samochód musiałem zostawić przy zapomnianym przez wszystkich paśniku, który znajdował się na granicy działki Goslingów i lasu. Podczas mojego kilkuminutowego spaceru, wdychając zimne nocne powietrze, próbowałem skupić myśli na czymkolwiek innym niż moja pomyłka podczas wykonywania Photograph.
Gdy od samochodu dzieliło mnie już zaledwie kilka metrów, dostrzegłem, że opiera się o niego kobieta. Usiłowała zawiązać sznurówkę białego trampka, stojąc na jednej nodze, a drugą unosząc na wysokość kolana. Aby pomóc samej sobie, przeniosła ciężar ciała na prawe biodro, które to stykało się z tylnymi drzwiami czarnego mercedesa. Mojego mercedesa.
- Znowu ty? - zareagowałem na jej widok, gdy byłem już w stanie zidentyfikować twarz. - Błagam, daj mi spokój... - dodałem, gdy dzięki użyciu przycisku na pilocie, samochód zareagował na moje przybycie.
Złapałem za klamkę, gdy szatynka uśmiechnęła się triumfalnie. Przygryzła dolną wargę, mrużąc przy tym oczy.
- To, że nie poznałeś mnie w tłumie ludzi, ogłupiony przez napaleńców pstrykających selfie jestem w stanie ci wybaczyć, no ale teraz? - otworzyła szerzej oczy, czekając na moją reakcję.
Pewnie była fanką, która kiedyś złapała mnie po koncercie i zamieniłem z nią kilka słów. Jak wszystkie liczyła na to, że zapamiętam jej twarz. Dramat.
- Przepraszam, ale chyba mam amnezję. Przykro mi - wzruszyłem obojętnie ramionami, po czym otworzyłem drzwi od strony kierowcy z zamiarem odpalenia samochodu i opuszczenia tego irytującego miejsca.
- Chyba masz - odpowiedziała, nim udało mi się trzasnąć drzwiami.
Podeszła do mnie, podciągając rękaw dżinsowej kurtki. Zgięła rękę, aby pochwalić się charakterystyczną blizną zdobiącą łokieć. Dezaprobata na mojej twarzy została zastąpiona przez zaskoczenie, a następnie czerwone wypieki demaskujące moje zażenowanie.
- Cholera, Cherry... - wydusiłem z siebie. - Co za wstyd - dorzuciłem, opuszczając czoło na kierownicę.
- No trochę - odpowiedziała, uśmiechając się przepraszająco.
Mimo tego, że zachowałem się jak cham, ona wciąż była uprzejma. Zawsze taka była. Mądra, troskliwa, kochana Cherry.
- Czyli wyszedłem na tego gnojka, z którego show-biznes wyssał resztki człowieczeństwa? - zapytałem cicho, na twarzy pozostawiając grymas.
- Tak - zareagowała szybko, widocznie rozbawiona.
- To co? Przeprosinowy drink? - zerknąłem w jej stronę, licząc na przebaczenie.
Nie byłem typem celebryty. Wręcz paradoksalnie rozpoznawano mnie dzięki mojej nudnej zwyczajności. Dlaczego pierwszy mój raz odgrywania gwiazdora musiał przypaść na ten akuratnie wieczór i biedną, zdezorientowaną Cherry?
- Drinka nigdy nie odmawiam - obdarzyła mnie delikatnym uśmiechem, gdy razem oddalaliśmy się od samochodu.
- Co się stało z twoim słynnym alkohol to zło? - uniosłem brwi, czekając na reakcję.
- Co się stało z nigdy nie założę białej koszuli?
Wzrokiem zlustrowałem swój strój, po czym westchnąłem radośnie. Seaborn zrobiła to samo.
Usiedliśmy przy stoliku numer czternaście, gdzie usadzono Cherry oraz kilka innych osób, które pojawiły się na weselu bez osób towarzyszących. W praktyce przy stoliku siedzieliśmy jedynie w dwójkę, gdyż reszta zajęta była tańcem, alkoholem lub Bóg wie czym. Przez dobre dwie godziny rozmawialiśmy o ciekawym życiu mieszkańców Suffolk z naszego rocznika oraz dziwnych sytuacjach, które przytrafiły mi się podczas trasy Multiply. W międzyczasie popijaliśmy kolejne drinki, dzięki czemu pozbawiłem samego siebie możliwości powrotu do Londynu samochodem. Naszym pogawędkom przerwał dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Przepraszam na chwilę... - westchnąłem, wysuwając z kieszeni spodni iPhone'a.
Moja towarzyszka odruchowo zerknęła na ekran, po czym się zaśmiała.
- No tak, codzienność, Taylor Swift chce z tobą pogadać - wzruszyła ramionami, symulując obojętność.
- Dokładnie - dopowiedziałem, zachowując udawaną powagę na twarzy.
Znajdując się kilka metrów od stolika, nakierowałem palec na zieloną słuchawkę. W namiocie było za głośno i nie słyszałem rozmówczyni. Oznajmiłem, że oddzwonię za moment. Wyszedłem na zewnątrz, a moje rozgrzane od panującego w namiocie zaduchu ciało, okrył nagły chłód. Wzdrygnąłem się, po czym szybkim krokiem ruszyłem w stronę przeszklonego salonu w domu rodziców Jake'a. Ponieważ na kanapach zasiadało kilka kobiet w podeszłym wieku, które żwawo dyskutowały o przepisach na jabłecznik, postanowiłem udać się na piętro. Tam nie powinno być nikogo. Wspinając się po kolejnych stopniach, doszedłem do wniosku, że jest już wystarczająco cicho. Usiadłem na jednym ze schodów, po czym oddzwoniłem do Tay.
- Co tam? - zacząłem szybko, ciekaw, dlaczego dzwoniła.
- To ja chciałam o to spytać! - słyszałem, że uśmiechała się do słuchawki. - Nie dzwonisz, nie piszesz... żyjesz? - roześmiana Swift czekała, aż zdam jej relację ze swojego życia.
Wolną dłonią przeczesałem włosy, unosząc przy tym kącik ust.
- Jest spoko. Właśnie siedzę na schodach w domu rodziców Jake'a.
- Co robisz w domu rodziców Jake'a? - wtrąciła, wyraźnie zaskoczona.
- Gosling wziął dzisiaj ślub, jestem na weselu...
- Czekaj, czekaj, niech zgadnę... - znów mi przerwała. - Thinking Out Loud na pierwszy taniec?
- Muszę napisać coś nowego. Robię się przewidywalny - odpowiedziałem jej, symulując rozpacz.
Gdy Swift dzięki swojemu niesamowitemu talentowi do sarkazmu ciągnęła żart, usłyszałem kroki. Po schodach wspinała się kobieta w szpilkach, widocznie zmartwiona. Siedziałem na wyższych stopniach, więc nie była w stanie dostrzec mnie w ciemności. Dopiero gdy znajdowała się niecałe dwa metry ode mnie, mogła rozpoznać moją twarz. Wystraszyła się, ale próbowała to zakamuflować. Nasze spojrzenia połączyły się na kilka sekund. Nie dawaliśmy po sobie poznać żadnych emocji. Minęła mnie bez słowa, po czym ruszyła ciemnym korytarzem, mijając drzwi kolejnych sypialni. Tak przynajmniej wnioskowałem, sądząc po dźwięku obijających o parkiet szpilek.
- Tay, kochana, mogę oddzwonić później? - zakończyłem jej monolog.
- Jasne! Baw się dobrze i pozdrów Goslinga - zareagowała uprzejmym głosem.
Rozłączyłem się.
Telefon odłożyłem na drewniany stopień.
Poczułem się dziwnie. Nie zasłużyłem nawet na cześć? Nie zasłużyłem choćby na uśmiech? Na cokolwiek?
Wstałem gwałtownie, po czym od razu ruszyłem w kierunku, w którym udała się Ola. Nie chciałem dać sobie czasu na zastanowienie, bo wiedziałem, iż po chwili przemyśleń doszedłbym do wniosku, że jestem nienormalny.
Pokonałem dystans kilkunastu metrów, idąc ciemnym korytarzem. Zatrzymałem się obok kobiety, która usiadła na podłodze. Plecami opierała się o ścianę, a nogi ugięła w kolanach. Palce lewej dłoni zaplotła z palcami prawej. Nerwowo nimi poruszała. Domyślałem się, iż intensywnie myśli.
- Cześć - zacząłem skromnie, usadawiając się obok niej na podłodze.
Przełknąłem głośno ślinę, gdy z każdą kolejną sekundą jej milczenia bicie mojego serca przyspieszało. Miałem nadzieję, że w głuchej ciszy nie było tego słychać.
Zerknąłem na nią, zmieszany. Powinna odpowiedzieć lub jakkolwiek zareagować na moje powitanie. Zamiast tego skupione spojrzenie wlepiła w złączone ze sobą dłonie. Jej twarz nie ukazywała żadnych emocji.
- Halo? - zaczepiłem ją poprzez delikatne szturchnięcie ramieniem.
Na twarz wprowadziłem uśmiech, który powinien nieco ogrzać chłodną atmosferę. Zamiast zareagować, bezradnie opuściła głowę i przygryzła dolną wargę. Tylko czekała, aż zostawię ją w spokoju. Nie mogła nawet zebrać się na odwagę, aby powiedzieć mi prosto w twarz, że mam się od niej odwalić. Udawała, że nie istnieję.
- Zrywasz ze mną bez powodu, w dodatku przez telefon, później przez dwa lata nie dajesz znaku życia, a teraz... - zatrzymałem się, zszokowany unosząc obie brwi i biorąc głęboki wdech. - Jakim cudem byłem w tobie zakochany? - dodałem cicho, wstając.
Raz jeszcze na nią spojrzałem, tym razem wzrokiem pełnym pogardy. Postanowiłem wrócić do namiotu i wymazać z pamięci przykry incydent, a przy okazji wymazać z niej Aleksandrę.
Usiadłem naprzeciw Cherry, która przez czarną słomkę sączyła mojito. Na mój widok uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym szybko odłożyła szklankę na stół. Wstała z miejsca i podeszła do mnie, wyciągając dłoń.
- Zapraszam do tańca - przekręciła głowę w prawo, unosząc przy tym kącik ust.
Zmrużyłem oczy, starając się rozszyfrować, czy robiła to tylko dlatego, że pochłonęła tego wieczoru zbyt wiele drinków, czy też faktycznie chciała ze mną zatańczyć.
- Szybko, zaraz skończy się piosenka... - ujęła moją dłoń i siłą wyciągnęła mnie na parkiet, gdy w tle wybrzmiewało solo gitarowe Thinking Out Loud.
Oparła dłonie na moich ramionach, a ja automatycznie ułożyłem swoje w jej talii. Co poniektórzy znajdujący się na parkiecie w momencie wyłapali, że tańczę do swojej piosenki, więc znacząco puszczali mi oczko lub dyskretne uśmieszki.
- Dziwne... - westchnęła Seaborn, intensywnie nad czymś myśląc.
- Te uśmiechy i znaczące spojrzenia? - dopytałem, niemal pewny, że właśnie o to jej chodzi.
- Nie, nie - pokręciła przecząco głową. - To dziwne, bo ten taniec w teledysku wygląda na bardziej ekscytujący od... - wskazała palcem kolejno na mnie i na siebie. - ...od tego.
Wzruszyła ramionami, symulując rozczarowanie.
Rozgryzła moje poczucie humoru.
- To było jakoś tak... - powiedziałem, zanim napiąłem mięśnie, aby dłońmi wciąż obejmującymi jej talię móc unieść ją kilkanaście centymetrów nad ziemię.
Zaskoczona otworzyła szerzej oczy, widocznie się rumieniąc. Parę osób zrezygnowało z tańca, by móc przyglądać się moim wyczynom.
- Później łapię Cię o tak... - wtrąciłem po odstawieniu dziewczyny na ziemię, gdy już zacząłem obejmować ją od tyłu ramionami.
Znów uniosłem jej ciało i zrobiłem kilka kroków w tył, poruszając się w rytm muzyki. Grono gapiów powiększyło się, niektórzy wyciągnęli telefony i zaczęli nagrywać.
Obróciłem ją i przycisnąłem mocno do siebie. Przez krótką chwilę nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry.
- Teraz robisz pokazówkę kilkoma saltami i obrotami... - wyszeptałem, gdy wciąż znajdowała się bardzo blisko mnie.
- No tak - potwierdziła, widocznie rozbawiona.
Uwolniłem ją z objęć, po czym dodałem, trochę zdyszany.
- I za kilka sekund kończy się piosenka - wzruszyłem ramionami, gdy wybrzmiewający w głośnikach Ed właśnie zatrzymał głos na ostatnim dźwięku.
Kilkanaście osób, które obserwowały nasz pokaz tańca, zaczęło bić brawo, szeroko się przy tym uśmiechając. Razem z Cherry ukłoniliśmy się niczym zawodowa para tancerzy, po czym wróciliśmy do stolika. Złapaliśmy za swoje drinki, spragnieni po wyczerpujących wybrykach na parkiecie.
- Swoją drogą, przez tą rozmowę z Taylor ominęła cię prawdopodobnie najciekawsza akcja całego wesela - zaczęła Seaborn, sięgając po babeczkę polaną czekoladą.
- Rzucanie welonem? - odpowiedziałem, ze znudzeniem unosząc jedną brew.
- Odrzucenie oświadczyn - odpyskowała Cherry przepełniona dumą.
Zacząłem żałować, że odebrałem telefon od Tay.
- Żartujesz? - otworzyłem szerzej oczy, widocznie podekscytowany.
Moja towarzyszka zaprzeczyła poprzez kilkukrotne pokręcenie głową.
- Opowiadaj! - nakazałem jej radosnym głosem, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Nie wiem, jakiej historii się spodziewasz - spojrzała na mnie z dezaprobatą. - Tańczyli jak każda inna para, po czym on uklęknął i spytał ją o rękę. Zamiast natychmiastowego tak oraz uścisków i pocałunków, był szok, szybkie nie i ucieczka z namiotu.
Wzruszyła ramionami, a na jej twarzy ukazało się coś bliskiego współczuciu.
- Uciekła z namiotu? - zapytałem, chcąc się upewnić.
- Tak, uciekła z namiotu. Potwierdzi to każdy gość weselny, bo dosłownie wszyscy patrzyli na nią z niedowierzaniem - westchnęła ciężko. - No dobrze, nie wszyscy. Ciebie tu nie było - dodała dla rozluźnienia.
Widocznie zauważyła, że byłem spięty. Pojawienie się Oli na piętrze w domu Goslingów i odrzucone oświadczyny łączyły się w całość. Przynajmniej w mojej głowie. W końcu przez większość czasu myślałem o Oli.
- Jak wyglądała ta dziewczyna? - zapytałem, nawet nie próbując kryć zaciekawienia.
Miałem nadzieje, że była brunetką przy kości.
- Taka zgrabna, blondynka... - wzięła kolejny łyk drinka. - A co? Masz zamiar wziąć się za niedoszłą pannę młodą? - zażartowała, a ja zbladłem.
Przez moment nie byłem w stanie nic powiedzieć, ale starałem się zachowywać, jakby wiadomość przekazana mi przez Cherry nie miała najmniejszego znaczenia. Chyba jednak aktorstwo nie było moją mocną stroną.
- Co się stało? - towarzyszka przyglądała mi się, widocznie zmartwiona. - Znasz ją? Znasz tą dziewczynę od oświadczyn? - dopytywała.
- To chyba przyjaciółka Goslinga. Lepiej pójdę go poszukać - odpowiedziałem w pośpiechu, gdy już zerwałem się z krzesła.
Niemal wybiegłem z namiotu, chcąc jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Obiema dłońmi zakryłem twarz, biorąc przy tym głęboki wdech.
- Za dużo ginu z tonikiem? - zażartował Jake, podchodząc do mnie i zaciągając się papierosem.
- Za dużo mojej głupoty! - zareagowałem gwałtownie, nie będąc w stanie kontrolować złości. - Widziałeś gdzieś Olę?
Blondyn prychnął śmiechem i klepnął mnie w ramię.
- Uwierz, że jesteś ostatnią osobą, z którą chciałaby teraz rozmawiać - odpowiedział, rozgniatając butem peta.
Zmierzyłem go gniewnym spojrzeniem. Niepotrzebnie mnie nakręcał.
- Muszę ją przeprosić - nie odrywałem od niego niespokojnego wzroku. - Widziałeś ją? - spróbowałem raz jeszcze.
- Wróciła do domu, do Londynu. Spotkam się z nią jutro i przekażę, że jest ci przykro - posłał mi kwaśny uśmiech, próbując zakończyć rozmowę. - Wracaj do środka.
- Na pewno Ola poczuje się lepiej, gdy pogada z facetem, który dzień wcześniej szczęśliwie się ożenił... - odpyskowałem na odchodnym, gdy już odwróciłem się twarzą w stronę wejścia do namiotu.
W ostatnim momencie Jake mocno zacisnął dłoń na moim łokciu.
- Udam, że tego nie powiedziałeś...
Wyrwałem się z jego uścisku z zamiarem powrotu do Londynu. Chciałem znaleźć się w swoim mieszkaniu, wypić kilka szklanek whisky i spokojnie zasnąć, wymazując z pamięci ten dzień. Połączenie mnie, Oli i Goslinga na jednej imprezie jeszcze nigdy nie poskutkowało niczym dobrym.
Wsiadłem do czarnego samochodu jednego z szoferów. Zostali wynajęci na tę noc, aby odwozić do domu gości weselnych. Nie obyło się oczywiście bez krótkiej pogawędki z kierowcą i wykonania tradycyjnego selfie z Edem Sheeranem. Gdy byliśmy prawie w połowie drogi i szoferowi znudziło się już wypytywanie mnie o koncerty i gale rozdania nagród, zadzwonił telefon. Spodziewałem się usłyszeć wesoły głos Taylor, ale zaskoczył mnie poważny ton Goslinga.
- W wiadomości wysyłam ci jej adres... - przerwał i przełknął głośno ślinę. - Mam nadzieję, że się nie mylę i wciąż jesteś tym rozsądnym gościem sprzed dwóch lat... ?
Uśmiechnąłem się sam do siebie, opuszczając wzrok. Jake znów przypomniał mi, dlaczego nazywam go najlepszym przyjacielem.
- Cześć, to twój chłopak? Mąż? - wyszeptałem pod nosem, chcąc na szybko wyćwiczyć początek rozmowy.
Gdy tylko zacząłem to robić, uświadomiłem sobie jednak, iż nie powinienem. Nie szło mi to najlepiej. Już wolałem pozostawić naszą pogawędkę losowi.
Znajdując się marne kilka metrów od wejścia do namiotu, moje serce zaczęło bić w szalonym tempie. Stresowałem się jak przed wejściem na scenę. A może bardziej? Wychodząc przed tysiące podekscytowanych fanów zawsze spodziewałem się tej samej reakcji - okrzyki radości, aplauz, piski. Jakiej reakcji mogłem spodziewać się ze strony Aleksandry? Dobre pytanie.
Przekroczyłem próg namiotu, czując, jak z nerwów pocą mi się dłonie. Zacisnąłem je mocno, po czym wziąłem głęboki wdech. Przede mną, na parkiecie, szalały nie do końca trzeźwe już pary, a ja musiałem dostać się do stolika numer siedem, który znajdował się na drugim końcu sali. Przeciśnięcie się przez tłum spoconych, głośnych ludzi nie należało do najprzyjemniejszych momentów wieczoru. Próbowałem prześlizgnąć między tańczącymi jak najszybciej, lecz nieważne jak bym się starał, co ułamek sekundy obijały się o mnie przypadkowe osoby. W końcu z impetem wpadła na mnie jakaś kobieta, której potargane włosy ograniczyły mi widoczność i... wpadły do buzi? Fuj! Pasma jej włosów pachniały wspaniale, lecz smakowały goryczą. Smak perfum nie należał do moich ulubionych. Usiłowałem powstrzymać grymas, który wkradał się na moją twarz, aby nie wyglądać jak obrażony chłopiec, gdy razem z kobietą skupiliśmy na sobie wzrok kilku par. Wprowadziłem na usta delikatny, niezobowiązujący uśmiech, finalnie mierząc wzrokiem twarz przyczyny całego zamieszania - szczupłej blondynki.
- Przepraszam najmocniej... - wyrzuciła z siebie zdyszanym głosem, gdyż przez ostatnie kilkanaście minut szalała na parkiecie.
Ola wyglądała, jakby dopadła ją amnezja. Wlepiła we mnie tępe spojrzenie, gdy do jej boku przykleiła się drobna dziewczynka. Nie chciałem robić scen.
- Nic się nie stało - odpowiedziałem powoli, czując, że nadszedł czas, bym wrócił do domu.
Jej puste spojrzenie odebrało mi jakiekolwiek nadzieje na przeprowadzenie choćby krótkiej rozmowy. Odwróciłem się jak najprędzej, starając się uciec z namiotu. Raz jeszcze musiałem stawić czoła tańczącym parom, które obijały się o mnie w szalonych pląsach.
- To niesprawiedliwe! Chcę z nim zdjęcie! Proszę! - do mych uszu dobiegały coraz głośniejsze lamenty, którym stopniowo zaczął towarzyszyć płacz. - Nie bądź taka! Błagam!
Domyśliłem się, że chciała zdjęcie ze mną. Byłem główną atrakcją wieczoru. Domyśliłem się też, że osobą protestującą rozpaczliwym głosem była podopieczna Oli. Przez moment rozważałem nawet opcję zawrócenia i spełnienia marzenia dziewczynki, ale... No właśnie. Jeśli chodzi o Olę zawsze pojawiało się jakieś ale. Jedno ale wystarczyło, abym bez dalszych, irytujących przemyśleń wyszedł za próg i skierował swe kroki prosto do samochodu.
Zaparkowałem kawałek od wejścia, gdyż nie przybyłem na wesele jako jeden z pierwszych. Wszystkie miejsca najbliżej domu były zajęte. Mój samochód musiałem zostawić przy zapomnianym przez wszystkich paśniku, który znajdował się na granicy działki Goslingów i lasu. Podczas mojego kilkuminutowego spaceru, wdychając zimne nocne powietrze, próbowałem skupić myśli na czymkolwiek innym niż moja pomyłka podczas wykonywania Photograph.
Gdy od samochodu dzieliło mnie już zaledwie kilka metrów, dostrzegłem, że opiera się o niego kobieta. Usiłowała zawiązać sznurówkę białego trampka, stojąc na jednej nodze, a drugą unosząc na wysokość kolana. Aby pomóc samej sobie, przeniosła ciężar ciała na prawe biodro, które to stykało się z tylnymi drzwiami czarnego mercedesa. Mojego mercedesa.
- Znowu ty? - zareagowałem na jej widok, gdy byłem już w stanie zidentyfikować twarz. - Błagam, daj mi spokój... - dodałem, gdy dzięki użyciu przycisku na pilocie, samochód zareagował na moje przybycie.
Złapałem za klamkę, gdy szatynka uśmiechnęła się triumfalnie. Przygryzła dolną wargę, mrużąc przy tym oczy.
- To, że nie poznałeś mnie w tłumie ludzi, ogłupiony przez napaleńców pstrykających selfie jestem w stanie ci wybaczyć, no ale teraz? - otworzyła szerzej oczy, czekając na moją reakcję.
Pewnie była fanką, która kiedyś złapała mnie po koncercie i zamieniłem z nią kilka słów. Jak wszystkie liczyła na to, że zapamiętam jej twarz. Dramat.
- Przepraszam, ale chyba mam amnezję. Przykro mi - wzruszyłem obojętnie ramionami, po czym otworzyłem drzwi od strony kierowcy z zamiarem odpalenia samochodu i opuszczenia tego irytującego miejsca.
- Chyba masz - odpowiedziała, nim udało mi się trzasnąć drzwiami.
Podeszła do mnie, podciągając rękaw dżinsowej kurtki. Zgięła rękę, aby pochwalić się charakterystyczną blizną zdobiącą łokieć. Dezaprobata na mojej twarzy została zastąpiona przez zaskoczenie, a następnie czerwone wypieki demaskujące moje zażenowanie.
- Cholera, Cherry... - wydusiłem z siebie. - Co za wstyd - dorzuciłem, opuszczając czoło na kierownicę.
- No trochę - odpowiedziała, uśmiechając się przepraszająco.
Mimo tego, że zachowałem się jak cham, ona wciąż była uprzejma. Zawsze taka była. Mądra, troskliwa, kochana Cherry.
- Czyli wyszedłem na tego gnojka, z którego show-biznes wyssał resztki człowieczeństwa? - zapytałem cicho, na twarzy pozostawiając grymas.
- Tak - zareagowała szybko, widocznie rozbawiona.
- To co? Przeprosinowy drink? - zerknąłem w jej stronę, licząc na przebaczenie.
Nie byłem typem celebryty. Wręcz paradoksalnie rozpoznawano mnie dzięki mojej nudnej zwyczajności. Dlaczego pierwszy mój raz odgrywania gwiazdora musiał przypaść na ten akuratnie wieczór i biedną, zdezorientowaną Cherry?
- Drinka nigdy nie odmawiam - obdarzyła mnie delikatnym uśmiechem, gdy razem oddalaliśmy się od samochodu.
- Co się stało z twoim słynnym alkohol to zło? - uniosłem brwi, czekając na reakcję.
- Co się stało z nigdy nie założę białej koszuli?
Wzrokiem zlustrowałem swój strój, po czym westchnąłem radośnie. Seaborn zrobiła to samo.
Usiedliśmy przy stoliku numer czternaście, gdzie usadzono Cherry oraz kilka innych osób, które pojawiły się na weselu bez osób towarzyszących. W praktyce przy stoliku siedzieliśmy jedynie w dwójkę, gdyż reszta zajęta była tańcem, alkoholem lub Bóg wie czym. Przez dobre dwie godziny rozmawialiśmy o ciekawym życiu mieszkańców Suffolk z naszego rocznika oraz dziwnych sytuacjach, które przytrafiły mi się podczas trasy Multiply. W międzyczasie popijaliśmy kolejne drinki, dzięki czemu pozbawiłem samego siebie możliwości powrotu do Londynu samochodem. Naszym pogawędkom przerwał dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Przepraszam na chwilę... - westchnąłem, wysuwając z kieszeni spodni iPhone'a.
Moja towarzyszka odruchowo zerknęła na ekran, po czym się zaśmiała.
- No tak, codzienność, Taylor Swift chce z tobą pogadać - wzruszyła ramionami, symulując obojętność.
- Dokładnie - dopowiedziałem, zachowując udawaną powagę na twarzy.
Znajdując się kilka metrów od stolika, nakierowałem palec na zieloną słuchawkę. W namiocie było za głośno i nie słyszałem rozmówczyni. Oznajmiłem, że oddzwonię za moment. Wyszedłem na zewnątrz, a moje rozgrzane od panującego w namiocie zaduchu ciało, okrył nagły chłód. Wzdrygnąłem się, po czym szybkim krokiem ruszyłem w stronę przeszklonego salonu w domu rodziców Jake'a. Ponieważ na kanapach zasiadało kilka kobiet w podeszłym wieku, które żwawo dyskutowały o przepisach na jabłecznik, postanowiłem udać się na piętro. Tam nie powinno być nikogo. Wspinając się po kolejnych stopniach, doszedłem do wniosku, że jest już wystarczająco cicho. Usiadłem na jednym ze schodów, po czym oddzwoniłem do Tay.
- Co tam? - zacząłem szybko, ciekaw, dlaczego dzwoniła.
- To ja chciałam o to spytać! - słyszałem, że uśmiechała się do słuchawki. - Nie dzwonisz, nie piszesz... żyjesz? - roześmiana Swift czekała, aż zdam jej relację ze swojego życia.
Wolną dłonią przeczesałem włosy, unosząc przy tym kącik ust.
- Jest spoko. Właśnie siedzę na schodach w domu rodziców Jake'a.
- Co robisz w domu rodziców Jake'a? - wtrąciła, wyraźnie zaskoczona.
- Gosling wziął dzisiaj ślub, jestem na weselu...
- Czekaj, czekaj, niech zgadnę... - znów mi przerwała. - Thinking Out Loud na pierwszy taniec?
- Muszę napisać coś nowego. Robię się przewidywalny - odpowiedziałem jej, symulując rozpacz.
Gdy Swift dzięki swojemu niesamowitemu talentowi do sarkazmu ciągnęła żart, usłyszałem kroki. Po schodach wspinała się kobieta w szpilkach, widocznie zmartwiona. Siedziałem na wyższych stopniach, więc nie była w stanie dostrzec mnie w ciemności. Dopiero gdy znajdowała się niecałe dwa metry ode mnie, mogła rozpoznać moją twarz. Wystraszyła się, ale próbowała to zakamuflować. Nasze spojrzenia połączyły się na kilka sekund. Nie dawaliśmy po sobie poznać żadnych emocji. Minęła mnie bez słowa, po czym ruszyła ciemnym korytarzem, mijając drzwi kolejnych sypialni. Tak przynajmniej wnioskowałem, sądząc po dźwięku obijających o parkiet szpilek.
- Tay, kochana, mogę oddzwonić później? - zakończyłem jej monolog.
- Jasne! Baw się dobrze i pozdrów Goslinga - zareagowała uprzejmym głosem.
Rozłączyłem się.
Telefon odłożyłem na drewniany stopień.
Poczułem się dziwnie. Nie zasłużyłem nawet na cześć? Nie zasłużyłem choćby na uśmiech? Na cokolwiek?
Wstałem gwałtownie, po czym od razu ruszyłem w kierunku, w którym udała się Ola. Nie chciałem dać sobie czasu na zastanowienie, bo wiedziałem, iż po chwili przemyśleń doszedłbym do wniosku, że jestem nienormalny.
Pokonałem dystans kilkunastu metrów, idąc ciemnym korytarzem. Zatrzymałem się obok kobiety, która usiadła na podłodze. Plecami opierała się o ścianę, a nogi ugięła w kolanach. Palce lewej dłoni zaplotła z palcami prawej. Nerwowo nimi poruszała. Domyślałem się, iż intensywnie myśli.
- Cześć - zacząłem skromnie, usadawiając się obok niej na podłodze.
Przełknąłem głośno ślinę, gdy z każdą kolejną sekundą jej milczenia bicie mojego serca przyspieszało. Miałem nadzieję, że w głuchej ciszy nie było tego słychać.
Zerknąłem na nią, zmieszany. Powinna odpowiedzieć lub jakkolwiek zareagować na moje powitanie. Zamiast tego skupione spojrzenie wlepiła w złączone ze sobą dłonie. Jej twarz nie ukazywała żadnych emocji.
- Halo? - zaczepiłem ją poprzez delikatne szturchnięcie ramieniem.
Na twarz wprowadziłem uśmiech, który powinien nieco ogrzać chłodną atmosferę. Zamiast zareagować, bezradnie opuściła głowę i przygryzła dolną wargę. Tylko czekała, aż zostawię ją w spokoju. Nie mogła nawet zebrać się na odwagę, aby powiedzieć mi prosto w twarz, że mam się od niej odwalić. Udawała, że nie istnieję.
- Zrywasz ze mną bez powodu, w dodatku przez telefon, później przez dwa lata nie dajesz znaku życia, a teraz... - zatrzymałem się, zszokowany unosząc obie brwi i biorąc głęboki wdech. - Jakim cudem byłem w tobie zakochany? - dodałem cicho, wstając.
Raz jeszcze na nią spojrzałem, tym razem wzrokiem pełnym pogardy. Postanowiłem wrócić do namiotu i wymazać z pamięci przykry incydent, a przy okazji wymazać z niej Aleksandrę.
Usiadłem naprzeciw Cherry, która przez czarną słomkę sączyła mojito. Na mój widok uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym szybko odłożyła szklankę na stół. Wstała z miejsca i podeszła do mnie, wyciągając dłoń.
- Zapraszam do tańca - przekręciła głowę w prawo, unosząc przy tym kącik ust.
Zmrużyłem oczy, starając się rozszyfrować, czy robiła to tylko dlatego, że pochłonęła tego wieczoru zbyt wiele drinków, czy też faktycznie chciała ze mną zatańczyć.
- Szybko, zaraz skończy się piosenka... - ujęła moją dłoń i siłą wyciągnęła mnie na parkiet, gdy w tle wybrzmiewało solo gitarowe Thinking Out Loud.
Oparła dłonie na moich ramionach, a ja automatycznie ułożyłem swoje w jej talii. Co poniektórzy znajdujący się na parkiecie w momencie wyłapali, że tańczę do swojej piosenki, więc znacząco puszczali mi oczko lub dyskretne uśmieszki.
- Dziwne... - westchnęła Seaborn, intensywnie nad czymś myśląc.
- Te uśmiechy i znaczące spojrzenia? - dopytałem, niemal pewny, że właśnie o to jej chodzi.
- Nie, nie - pokręciła przecząco głową. - To dziwne, bo ten taniec w teledysku wygląda na bardziej ekscytujący od... - wskazała palcem kolejno na mnie i na siebie. - ...od tego.
Wzruszyła ramionami, symulując rozczarowanie.
Rozgryzła moje poczucie humoru.
- To było jakoś tak... - powiedziałem, zanim napiąłem mięśnie, aby dłońmi wciąż obejmującymi jej talię móc unieść ją kilkanaście centymetrów nad ziemię.
Zaskoczona otworzyła szerzej oczy, widocznie się rumieniąc. Parę osób zrezygnowało z tańca, by móc przyglądać się moim wyczynom.
- Później łapię Cię o tak... - wtrąciłem po odstawieniu dziewczyny na ziemię, gdy już zacząłem obejmować ją od tyłu ramionami.
Znów uniosłem jej ciało i zrobiłem kilka kroków w tył, poruszając się w rytm muzyki. Grono gapiów powiększyło się, niektórzy wyciągnęli telefony i zaczęli nagrywać.
Obróciłem ją i przycisnąłem mocno do siebie. Przez krótką chwilę nasze twarze dzieliły zaledwie centymetry.
- Teraz robisz pokazówkę kilkoma saltami i obrotami... - wyszeptałem, gdy wciąż znajdowała się bardzo blisko mnie.
- No tak - potwierdziła, widocznie rozbawiona.
Uwolniłem ją z objęć, po czym dodałem, trochę zdyszany.
- I za kilka sekund kończy się piosenka - wzruszyłem ramionami, gdy wybrzmiewający w głośnikach Ed właśnie zatrzymał głos na ostatnim dźwięku.
Kilkanaście osób, które obserwowały nasz pokaz tańca, zaczęło bić brawo, szeroko się przy tym uśmiechając. Razem z Cherry ukłoniliśmy się niczym zawodowa para tancerzy, po czym wróciliśmy do stolika. Złapaliśmy za swoje drinki, spragnieni po wyczerpujących wybrykach na parkiecie.
- Swoją drogą, przez tą rozmowę z Taylor ominęła cię prawdopodobnie najciekawsza akcja całego wesela - zaczęła Seaborn, sięgając po babeczkę polaną czekoladą.
- Rzucanie welonem? - odpowiedziałem, ze znudzeniem unosząc jedną brew.
- Odrzucenie oświadczyn - odpyskowała Cherry przepełniona dumą.
Zacząłem żałować, że odebrałem telefon od Tay.
- Żartujesz? - otworzyłem szerzej oczy, widocznie podekscytowany.
Moja towarzyszka zaprzeczyła poprzez kilkukrotne pokręcenie głową.
- Opowiadaj! - nakazałem jej radosnym głosem, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Nie wiem, jakiej historii się spodziewasz - spojrzała na mnie z dezaprobatą. - Tańczyli jak każda inna para, po czym on uklęknął i spytał ją o rękę. Zamiast natychmiastowego tak oraz uścisków i pocałunków, był szok, szybkie nie i ucieczka z namiotu.
Wzruszyła ramionami, a na jej twarzy ukazało się coś bliskiego współczuciu.
- Uciekła z namiotu? - zapytałem, chcąc się upewnić.
- Tak, uciekła z namiotu. Potwierdzi to każdy gość weselny, bo dosłownie wszyscy patrzyli na nią z niedowierzaniem - westchnęła ciężko. - No dobrze, nie wszyscy. Ciebie tu nie było - dodała dla rozluźnienia.
Widocznie zauważyła, że byłem spięty. Pojawienie się Oli na piętrze w domu Goslingów i odrzucone oświadczyny łączyły się w całość. Przynajmniej w mojej głowie. W końcu przez większość czasu myślałem o Oli.
- Jak wyglądała ta dziewczyna? - zapytałem, nawet nie próbując kryć zaciekawienia.
Miałem nadzieje, że była brunetką przy kości.
- Taka zgrabna, blondynka... - wzięła kolejny łyk drinka. - A co? Masz zamiar wziąć się za niedoszłą pannę młodą? - zażartowała, a ja zbladłem.
Przez moment nie byłem w stanie nic powiedzieć, ale starałem się zachowywać, jakby wiadomość przekazana mi przez Cherry nie miała najmniejszego znaczenia. Chyba jednak aktorstwo nie było moją mocną stroną.
- Co się stało? - towarzyszka przyglądała mi się, widocznie zmartwiona. - Znasz ją? Znasz tą dziewczynę od oświadczyn? - dopytywała.
- To chyba przyjaciółka Goslinga. Lepiej pójdę go poszukać - odpowiedziałem w pośpiechu, gdy już zerwałem się z krzesła.
Niemal wybiegłem z namiotu, chcąc jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Obiema dłońmi zakryłem twarz, biorąc przy tym głęboki wdech.
- Za dużo ginu z tonikiem? - zażartował Jake, podchodząc do mnie i zaciągając się papierosem.
- Za dużo mojej głupoty! - zareagowałem gwałtownie, nie będąc w stanie kontrolować złości. - Widziałeś gdzieś Olę?
Blondyn prychnął śmiechem i klepnął mnie w ramię.
- Uwierz, że jesteś ostatnią osobą, z którą chciałaby teraz rozmawiać - odpowiedział, rozgniatając butem peta.
Zmierzyłem go gniewnym spojrzeniem. Niepotrzebnie mnie nakręcał.
- Muszę ją przeprosić - nie odrywałem od niego niespokojnego wzroku. - Widziałeś ją? - spróbowałem raz jeszcze.
- Wróciła do domu, do Londynu. Spotkam się z nią jutro i przekażę, że jest ci przykro - posłał mi kwaśny uśmiech, próbując zakończyć rozmowę. - Wracaj do środka.
- Na pewno Ola poczuje się lepiej, gdy pogada z facetem, który dzień wcześniej szczęśliwie się ożenił... - odpyskowałem na odchodnym, gdy już odwróciłem się twarzą w stronę wejścia do namiotu.
W ostatnim momencie Jake mocno zacisnął dłoń na moim łokciu.
- Udam, że tego nie powiedziałeś...
Wyrwałem się z jego uścisku z zamiarem powrotu do Londynu. Chciałem znaleźć się w swoim mieszkaniu, wypić kilka szklanek whisky i spokojnie zasnąć, wymazując z pamięci ten dzień. Połączenie mnie, Oli i Goslinga na jednej imprezie jeszcze nigdy nie poskutkowało niczym dobrym.
Wsiadłem do czarnego samochodu jednego z szoferów. Zostali wynajęci na tę noc, aby odwozić do domu gości weselnych. Nie obyło się oczywiście bez krótkiej pogawędki z kierowcą i wykonania tradycyjnego selfie z Edem Sheeranem. Gdy byliśmy prawie w połowie drogi i szoferowi znudziło się już wypytywanie mnie o koncerty i gale rozdania nagród, zadzwonił telefon. Spodziewałem się usłyszeć wesoły głos Taylor, ale zaskoczył mnie poważny ton Goslinga.
- W wiadomości wysyłam ci jej adres... - przerwał i przełknął głośno ślinę. - Mam nadzieję, że się nie mylę i wciąż jesteś tym rozsądnym gościem sprzed dwóch lat... ?
Uśmiechnąłem się sam do siebie, opuszczając wzrok. Jake znów przypomniał mi, dlaczego nazywam go najlepszym przyjacielem.
czwartek, 15 grudnia 2016
Rozdział XLVII
Uważnie obserwowałem walizki, które kolejno pojawiały się na taśmie. Na odbiór bagażu czekało już niewiele osób. Niektórzy czas oczekiwania wykorzystali na zdobycie mojego autografu, inni z trudem usiłowali nie zasnąć, spoczywając na metalowych ławkach.
Dochodziła trzecia w nocy.
- Wciąż masz nadzieje, że twoja walizka doleciała do Londynu... ? - zażartował Stuart.
Minęło już czterdzieści minut. Jakimś dziwnym trafem mój bagaż miał tendencję do zwiedzania przeróżnych zakątków świata beze mnie u swego boku. Do niepojawiającej się na taśmie walizki w pewnym sensie byłem przyzwyczajony.
- Powoli je tracę... - westchnąłem, dłonią przecierając zaspane oczy.
Gdy moja ręka z powrotem utonęła w miękkiej kieszeni bluzy, usłyszałem głos dobiegający zza mych pleców. Była to młoda dziewczyna.
- Przepraszam, czy to... Ed Sheeran? - zaczęła, zanim zdążyłem całkowicie się odwrócić.
Na widok mojej zmęczonej, niesmacznie zaspanej twarzy, zapiszczała entuzjastycznie. Otworzyła szeroko oczy, w ułamku sekundy przysłaniając buzię dłonią i wręcz drżąc z radości. Wciąż nie byłem w stanie pojąć tego typu reakcji ludzi. Przytaknąłem powoli, nawet nie będąc w stanie kryć wycieńczenia.
- Zgadza się - odpowiedziałem jej po chwili, gdy grzebała w torebce, zapewne poszukując telefonu.
Miałem rację. Kilka sekund później namierzyła mnie przednią kamerką urządzenia, wykonując serię zdjęć.
- Masz szczęście! - z transu selfie wyrwał dziewczynę krzyk Stuarta.
Szatynka odeszła powoli, żegnając mnie niepewnym uśmiechem i niezręcznie do mnie machając. Pytającym wzrokiem obarczyłem twarz managera.
- Dlaczego niby mam szczęście? - uniosłem jedną brew.
- Walizka - odpowiedział szybko, wskazując dłonią na ogromny, czarny prostokąt, który dopiero co pojawił się na karuzeli.
Jak najszybciej zgarnąłem bagaż, szeroko się przy tym uśmiechając.
Wjechaliśmy do centrum czarnym vanem. Najpierw szofer kierował się pod adres domu Stu. Ja wciąż nie podałem miejsca docelowego swej podróży. Nie byłem pewien, gdzie chciałbym się znaleźć. Wiedziałem jedynie, iż nie miałem zamiaru spędzić nocy w chłodnym, opustoszałym i zakurzonym mieszkaniu.
- Nie zdziwi mnie, jeśli z przyzwyczajenia pojedziesz do hotelu... - zażartował Camp, męcząc się z wyciąganiem walizki z bagażnika.
- Coś wymyślę - odpowiedziałem mu, wytrwale przeszukując kontakty w telefonie.
Było ich mnóstwo. Niesamowicie długa lista producentów, początkujących muzyków, pięknych kobiet, niezbyt pięknych kobiet, kolegów i koleżanek, światowego formatu gwiazd... Brakowało tylko jakichkolwiek kontaktów z Londynu. Całkowicie odciąłem się od angielskich znajomości, pomijając oczywiście utrzymywanie kontaktu z rodziną i Liss.
Już w domu, czy wciąż w podróży?
Przerwała mi wiadomość od Taylor. Otworzyłem okno rozmowy, po czym szybko odpisałem.
Sam nie wiem...
Wróciłem do poprzedniego zajęcia. Nie minęło kilka sekund, a cały ekran wypełniło kompromitujące selfie Swift, które przypisała mi jako zdjęcie kontaktu. Nasunąłem kciuk na zieloną słuchawkę.
- Coś się stało? - zaczęła, zanim zdążyłem wypowiedzieć choćby prymitywne "halo?".
- Dlaczego? - zareagowałem, marszcząc brwi.
- Gdzie teraz? - swoje trzy grosze dorzucił kierowca vana.
- Proszę dać mi chwilę... - rzuciłem mu szybko, z powrotem koncentrując się na rozmowie telefonicznej.
- Wiadomość od ciebie wygląda dość depresyjnie... - spokojnym głosem wyjaśniła Taylor.
- To tylko... - sam nie wiedziałem, jak się tłumaczyć.
Prawda była taka, że powinienem popaść w depresję. Londyn, który jeszcze dwa lata wstecz był ukochanym przeze mnie miejscem, teraz stał się nieznanym terenem. Cóż z tego, że mapa miasta nie była w stanie uciec z mej pamięci, gdy nie istniała choć jedna osoba, w której mieszkaniu mógłbym spędzić noc. I nie chodziło o seks. Chodziło o zwykłe nocowanie u kogoś, tak po znajomości.
- Weź mnie z powrotem do Stanów. Mam już dość Anglii - zaśmiałem się cicho, niesamowicie zmęczony.
- Okropna pogoda? - po jej głosie rozpoznałem, że się uśmiechała.
- Żeby tylko... - spojrzałem za szybę, którą pokrywały pozostałości po deszczu,. Przestało padać może kwadrans wcześniej. - Uświadomiłem sobie, że nie mam tu znajomych.
Gdy wyrzuciłem z siebie ostatnie zdanie, zabolało mnie serce. Nie często mi się to zdarzało. Wtedy jednak, siedząc samotnie w vanie, było mi cholernie smutno. Miałem niesamowitą ochotę na przesłodzoną gorącą czekoladę, przygotowaną według przepisu Taylor. Spożylibyśmy ją w mieszkaniu Swift, w Nowym Jorku, otoczeni przez zabawnych ludzi oraz urocze koty...
- A Jake? Twój przyjaciel? No halo! - zareagowała Tay, chcąc przywrócić mój dobry nastrój.
- Były przyjaciel. Nie gadaliśmy od... kilkunastu miesięcy - zagryzłem wargę i opuściłem głowę, czując, jak moją twarz pokryły gorące rumieńce.
Oczywiście kontakt z Goslingiem urwał się z mojej winy. Pewnego wieczoru wpadłem na świetny pomysł usunięcia jego numeru z telefonu, a wraz z tym usunięcia go z mego życia. Cóż za geniusz.
- Prawdziwej przyjaźni nie kończy kilkanaście miesięcy milczenia, Ed - wyjaśniła mi spokojnym tonem.
W jej głosie było coś, co potrafiło mnie przekonać. Ludziom rzadko udawało się przemówić mi do rozsądku, ale Swift wychodziło to wybitnie. Niemal za każdym razem była w stanie zmienić moje zdanie o sto osiemdziesiąt stopni.
- Wiesz co? - na usta wprowadziłem ostrożny uśmiech. - Sprawdzę to.
Podyktowałem kierowcy adres Goslinga, mając nadzieje, że nie zmienił on miejsca zamieszkania. Co zabawne, w ogóle nie przeszkadzał mi fakt, iż był środek nocy. Chciałem choćby zobaczyć twarz blondyna. Nawet, jeśli miałby z hukiem wyrzucić mnie z mieszkania. Musiałem się mu przyglądnąć i dzięki widokowi jego twarzy przypomnieć sobie, jak beztroskim było moje życie jeszcze dwadzieścia cztery miesiące wstecz.
Zapukałem kilkukrotnie w drzwi. Odczekałem parę minut, a następnie czynność powtórzyłem. Z każdą sekundą moje serce biło coraz szybciej. Ciężko było mi równomiernie oddychać. Minął kwadrans, nim usłyszałem przekręcanie klucza w zamku. Zza skrzydła drzwiowego wyłoniła się nieznana mi twarz mężczyzny.
- Dobry wieczór? Dzień dobry? - zaczął zaspany facet, zachrypniętym głosem. - Ed Sheeran? - zmrużył oczy, gdyż drażniło go światło dobiegające z klatki schodowej.
- Czy to wciąż mieszkanie Jake'a Goslinga? - uniosłem jedną brew, zakłopotany.
Zignorowałem fakt, iż mężczyzna mnie kojarzył.
- Tak - odpowiedział cicho. - Jestem bratem Alice - dodał szybko, po czym zakrył dłonią usta, kamuflując ziewnięcie.
- Alice ma brata? - nawet nie starałem się kryć szoku.
Już pomijając fakt, że moja najlepsza przyjaciółka jakimś cudem miała brata, co robił on w mieszkaniu Goslinga?! Czy Jake był gejem?!
- Skoro jestem jej bratem... chyba ma - westchnął, uśmiechając się delikatnie.
- Mogę porozmawiać z Jake'iem? Albo choćby się z nim zobaczyć? - odpowiedziałem mu szybko, zdezorientowany.
- Obudzę go... - odwrócił się, drzwi pozostawiając otwarte na oścież, jakby tym sposobem chciał zaprosić mnie do środka.
Przynajmniej ja tak to odebrałem. Przekroczyłem próg, rozglądając się z zainteresowaniem. Zmienił kolor ścian i meble w salonie. Reszta wyglądała tak znajomo... Mimowolnie uniosłem kąciki ust. Nawet, jeśli Gosling na mój widok miałby zacząć krzyczeć, po czym wypchnąć mnie przez balkon - warto było przyjechać do jego mieszkania.
- Ed Sheeran?! Wow! Mogę autograf? - wypowiedział ironicznie na jednym wdechu, podchodząc leniwym krokiem do kanapy. - Kto ci powiedział? - dodał, gdy już znalazł się na siedzisku.
- Powiedział o czym? - zmarszczyłem brwi, usadawiając się w fotelu, naprzeciw Goslinga.
- Nie rób ze mnie idioty. Kto powiedział ci o ślubie? - przyglądał mi się chłodnym spojrzeniem, powoli mrugając powiekami.
- Kto bierze ślub? - zapytałem niepewnym głosem, przerażony.
Czy byłem zszokowany? To za mało powiedziane.
- Ja i Alice. Nie musisz udawać, że nie wiesz - odpowiedział spokojnie, czekając na moją reakcję.
- Alice?! - niemalże krzyknąłem. - O czym ty mówisz?!
- Nie Liss! Boże, Ed! - dłoń przyłożył do czoła, zażenowany. - Sądzisz, że tylko jedna dziewczyna w całym kraju ma na imię Alice?
- Skąd mogę znać tą... twoją Alice? - uniosłem jedną brew.
- Racja... - odpowiedział szybko niemal wchodząc mi w słowo. - Skąd możesz znać moją narzeczoną, skoro zdecydowałeś się na zakończenie naszej znajomości... ? - przyglądał mi się chłodnym spojrzeniem, tylko czekając, aż ucieknę wzrokiem.
Tak też się stało. Już dawno nie byłem aż tak zażenowany, jak wtedy. Ratunkiem na niezręczną sytuację okazała się być obecność wybranki Goslinga w mieszkaniu. Kobieta pojawiła się w salonie, wiążąc na supeł sznurek puszystego szlafroka.
- Jake? Żartujesz? - zmrużyła oczy, mówiąc zachrypłym głosem. - Naprawdę to zrobiłeś?
Wzięła głęboki wdech, po czym całkowicie zapomniała o oddychaniu. Łzy zastygły w jej oczach, a usta delikatnie się uchyliły. Byłem w szoku. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak dziwna była jej reakcja na mój widok. Czułem się, jakbym został przyłapany z Goslingiem na gorącym uczynku, a przyszła panna młoda właśnie dowiedziała się, iż jej narzeczony preferuje mężczyzn.
- Ed... - po chwili stania w bezruchu znów zaczęła mówić. - Tak się cieszę, że zdecydowałeś się na uświetnienie naszego wesela swoim występem... - pokręciła z niedowierzaniem głową, podchodząc do mnie.
Automatycznie wstałem, uśmiechając się uprzejmie. Gdy wysunęła rękę w celu przywitania, skopiowałem jej ruch, ogłupiały. Po naszym niezręcznym, przynajmniej dla mnie, uścisku dłoni, zajęliśmy miejsca na siedzisku kanapy. Gosling zmierzył niepewnym wzrokiem najpierw twarz wybranki, później moją.
I tym oto sposobem stałem się gościem weselnym.
- Naprawdę chciałabym, aby podkładem do naszego pierwszego tańca stało się Thinking Out Loud... - oznajmiła rozmarzona Alice, patrząc głęboko w oczy Jake'a.
Uśmiechnąłem się delikatnie, z satysfakcją obserwując bladą twarz przyjaciela.
- Thinking Out Loud... - przytaknąłem, z rozbawieniem spoglądając w dół. - Piękny wybór. Rzadko gram ten utwór na weselach...
- Naprawdę? - otworzyła szerzej oczy, zerkając na mnie. - Ta piosenka jest niesamowita!
- Tak, tak. Bardzo niedoceniana... - usiłowałem powstrzymać wybuch śmiechu, nawet nie mając odwagi spojrzeć na Jake'a.
Ten doskonale wiedział, że wkręcałem Liss.
Nerwowo krążyłem po trawie za namiotem, palcami brzdąkając przypadkowe akordy. Wzrok opuściłem, intensywnie myśląc.
Plan był prosty. Zaczynam od wejścia na niewielką scenę, uprzejmie uśmiechając się do gości. Później podchodzę do mikrofonu, witam wszystkich, rzucam kilka miłych słów do pary młodej. Gdy Jake i Alice są już na parkiecie, czas na pierwsze dźwięki Thinking Out Loud. Po tym utworze znowu mówię coś do młodych, później oznajmiam Alice, że czas na piosenkę niespodziankę. Gram Photograph, obserwując, jak kobieta z trudem powstrzymuje łzy wzruszenia, wtulając się w objęcia Goslinga. Po krótkim występie żegnam się z gośćmi, schodzę ze sceny, przeprowadzam kilkuminutową rozmowę z młodą parą i oznajmiam, iż muszę się zbierać. Wracam do Londynu.
Coś wewnątrz mnie chciało jednak złamać obietnicę złożoną Jake'owi. A może nie tyle chciało ją złamać, co po prostu czuło, iż plan nie do końca uda mi się zrealizować.
Na zewnątrz, za ogromnym, białym namiotem, zaczynało robić się chłodno. Teraz moje dłonie przestały mieć kontakt z instrumentem, gdyż w celu ogrzania się musiałem szybko nimi o siebie pocierać. Niestety nawet to nie pomagało. Moje ciało przechodziły dreszcze i czułem się beznadziejnie. Dobiegały do mnie gwarne rozmowy i śmiechy z ogrzewanego wnętrza, gdy ja, samotnie, w półmroku, walczyłem z niekontrolowanym drżeniem. Cóż za szacunek do gwiazdy wieczoru.
- Ed? - róg białej plandeki odchylił się, a ja usłyszałem szept jednego z członków kwartetu smyczkowego. - Jesteś? - dodał po kilku sekundach, aż w końcu namierzył mnie wzrokiem.
- Już? - odpowiedziałem mu pytaniem, starając się nie wyglądać na zmarzniętego.
- Po słowach powitajmy wyjątkowego gościa, dobrze? - na ustach szczupłego szatyna błąkał się uśmiech.
W odpowiedzi przytaknąłem, poprawiając pasek od gitary, który zawinął się w okolicy karku.
Gdy mężczyzna z powrotem schował się wewnątrz, złapałem za śliski, biały materiał, niecierpliwie wyczekując momentu, gdy moja skóra znajdzie się w cieple.
- ...a teraz powitajmy naszego wyjątkowego gościa!
Publika zareagowała na słowa mężczyzny leniwymi oklaskami, lecz gdy tylko goście ujrzeli mnie, wyłaniającego się z zewnątrz, oklaski przerodziły się w entuzjastyczny aplauz i radosne okrzyki. Atmosfera wprowadzona przez elegancko ubranych nie miała jednak nic wspólnego z tą, którą tworzyło kilkanaście tysięcy fanów.
- Dobry wieczór... - zacząłem, regulując wysokość statywu.
Później rzuciłem kilkoma uroczymi zdaniami, nie mierząc spojrzeniem gości, którzy zajmowali miejsca przy stołach. Skupiłem się na czarnym pokrętle przy statywie, choć na dobrą sprawę mikrofon znajdował się już na odpowiedniej wysokości. Unikałem niezręcznego kontaktu wzrokowego z potencjalnymi znajomymi, którzy mogli znajdować się w namiocie.
Przez całą długość Thinking Out Loud miałem zamknięte oczy. Wyglądałem wtedy, jakbym wczuwał się w utwór, kiedy w rzeczywistości nie miałem pojęcia, gdzie patrzeć. Na pewno nie chciałem spoglądać na publikę. Tym bardziej nie chciałbym delektować się widokiem powolnego tańca Jake'a i Alice.
- Tę piosenkę chciałbym zadedykować Tobie, Alice. Mam nadzieję, że prezent w postaci Photograph uczyni ten dzień jeszcze bardziej wyjątkowym...
Tuż po wypowiedzeniu ostatniego słowa, zacząłem grać. Chciałem mieć to za sobą. Pierwsza zwrotka jakoś poleciała, uważnie obserwowałem struny. Tej piosenki nie chciałem zaśpiewać z zamkniętymi oczami, gdyż goście mogliby zacząć coś podejrzewać. Tym razem zdecydowałem się na obserwację mojego instrumentu. Gryf, struny, pudło. Niestety podczas refrenu coś podkusiło mnie, by spojrzeć na pannę młodą. Chciałem posłać jej delikatny uśmiech, by poczuła się wyjątkowo. Z pewnością wzruszona Alice nie odrywała ode mnie wzroku, gdy grałem jej ulubioną piosenkę. I doigrałem się. Zamiast dorwać spojrzeniem kobietę w śnieżnobiałej sukni, mój wzrok uchwycił wlepione we mnie spojrzenie Aleksandry Sulewski... O nie! Nie nie nie! NIEEEEEE! Opuszek zsunął mi się ze struny, co poskutkowało niesmacznie spapranym akordem. Nie tylko osoby wykształcone muzycznie były w stanie stwierdzić, że się pomyliłem. Ale nie chodziło o te osoby. Chodziło o Aleksandrę, która zapewne uważała się za nie wiadomo kogo, gdyż Ed Sheeran pomylił się przez zetknięcie z nią wzrokiem, podczas wykonywania nieszczęsnego Photograph! Cóż za okropna wpadka! Wyleczyłem się z niej dawno temu, więc nie mogła myśleć, iż wciąż cokolwiek dla mnie znaczy. Jeszcze niepotrzebnie narobiłaby sobie nadziei.
Zszedłem ze sceny, wymieniłem parę przesłodzonych słów z parą młodą, chciałem uciekać. Skoro nawet Aleksandra znajdowała się na imprezie, musiała być tam również Nina. A jeśli Jake zaprosił te dwa przypadki, musiał też powysyłać zaproszenia połowie moich starych znajomych. Ostatnim, na co byłem gotów, byłoby tłumaczenie się, dlaczego postanowiłem stać się odciętą od angielskich realiów gwiazdką pop.
- Muszę się zbierać, jutro czeka mnie pracowity dzień - na twarz wprowadziłem szczyptę żalu i smutku, aby przekonać Alice.
- Ed, jest dziewiętnasta - kobieta westchnęła, a jej westchnięciu wykryłem nutę dezaprobaty. - Na pewno nie pójdziesz spać o dwudziestej. Zostań chociaż na godzinę. Mamy pyszną pieczeń... - uniosła jedną brew, jakby była pewna, iż uda jej się mnie przekonać.
No dobrze, byłem głodny. A cały namiot wypełniała piękna woń mięsa i sosu pieczeniowego. Ale nawet to nie zmieniało faktu, że nie byłem w stanie rozmawiać z niektórymi ludźmi, którzy pałętali się gdzieś między stolikami.
- Jet lag wciąż trzyma się gdzieś w moim ciele. Naprawdę muszę się zbierać - z niesmakiem zmarszczyłem brwi.
- Zostań choć na chwilę... - zareagowała wyciszonym głosem, tym razem spokojniej.
Zrobiła tą minę, którą kobiety wykorzystują, gdy chcą przekonać facetów. Nie pomagał fakt, iż to był jej dzień i stała przede mną w pięknej sukni ślubnej. Smutna. Nie mogłem zepsuć jej tego wieczoru.
- Na króciutki moment... - odparłem szeptem, przewracając teatralnie oczami.
- Dostrzegłam wolne miejsce przy stoliku numer osiem! - oznajmiła wesoło.
Gdy kobieta z powrotem uśmiechała się szeroko, a następnie odeszła, ginąc w tłumie gości, pożałowałem swojej decyzji.
Zaczęło się tradycyjnie, atakiem telefonami komórkowymi. Ledwie zastygłem do jednego selfie, obok czekała osoba z gotowym do działania aparatem. Zrobiłem krok, a jakaś młoda kobieta już truchtała w mym kierunku, ciągnąc za sobą koleżankę. Tak spędziłem kolejny kwadrans.
Gdy już łudziłem się, iż grupa fanów rozpłynęła się gdzieś w tłumie gości, zauważyłem, że jedna z dziewczyn nie odpuszczała. Owszem, wymieniłem z nią parę zdań, ale powinna wiedzieć, że zrobiłem to jedynie z grzeczności. Wypadało odpowiadać na zadawane pytania. Niestety ta szczupła szatynka przekonana była, iż przykuła moją uwagę.
- Przyszedłeś sam, czy z osobą towarzyszącą? - zaatakowała mnie kolejnym pytaniem, gdy starałem się dotrzeć do stolika numer osiem.
- Ja... - odpowiedziałem powoli, mijając kolejnych ludzi i kolejne stoły. - Nie wiem, jak odpowiedzieć - przyznałem prawdziwie, wciąż idąc przed siebie i czując, że kobieta podążała za mną.
- To dość proste pytanie - zaśmiała się, zdziwiona.
W końcu postanowiłem się zatrzymać, aby móc spojrzeć szatynce prosto w oczy. Nadszedł czas, by dała sobie spokój. To nie ta noc, gdy uda jej się uwieść Eda Sheerana.
- Jeśli powiem, że przyszedłem sam, będziesz kleić się do mnie przez resztę wieczoru. Jeśli powiem, że przyszedłem z osobą towarzyszącą, po jakimś czasie zorientujesz się, że skłamałem - wypowiedziałem na jednym wdechu, na twarzy pozostawiając niezobowiązujący uśmiech.
Przyglądałem się dokładnie mimice jej twarzy. Z zainteresowaniem obserwowałem radość przeradzającą się w irytację i... czy w jej oczach gromadziły się łzy?
- Przepraszam, ale... - przerwała, wstrzymując oddech. - Czuję się bardzo zażenowana - wprowadziła na usta sztuczny uśmiech, a gdy zza jej powieki przypadkiem wypłynęła łza, odwróciła się szybko, chcąc uciec.
W tamtym momencie naprawdę poczułem wyrzuty sumienia. Oczywiście nie chciałem, aby przez resztę wieczoru śledziła mnie psychiczna fanka, ale... było mi przykro. Zraniłem jej uczucia i prawdopodobnie doszczętnie zniszczyłem jej dobry nastrój.
Karma zareagowała szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać. Przy stoliku numer osiem zasiadało kilka znajomych twarzy z Londynu, w tym Nina Nesbitt ze swoim partnerem, którego nie miałem okazji wcześniej poznać. Gdyby tego było mało, po drodze wzrokiem zahaczyłem o stolik numer siedem. To przy nim zajmowała miejsce Aleksandra Sulewski z facetem. Obok niej rozrabiała jakaś dziewczynka, lecz raczej nie łączyłbym ów dziecka z moją dawną partnerką. Blondyneczka była zapewne córką kogoś, kto również usadzony został przy stoliku siódmym.
- Dobry wieczór - przywitałem się, odsuwając od blatu okryte białym materiałem krzesło.
Nesbitt, gdy tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała jak inna osoba. Krótkie, niemal srebrne włosy, koronkowa, obcisła sukienka, mocny makijaż, a u boku wytatuowany facet. Nie, żebym ja sam nie był wytatuowanym facetem. Po prostu tatuaże tego gościa były przerażające, czego nie można było powiedzieć o moich.
- Wróciłeś, gwiazdo! - krzyknęła blondynka, wstając z miejsca.
Podeszła do mnie, aby mocno mnie objąć.
Moje grzechy zostały mi wybaczone szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać. Nagle wszyscy dawni znajomi zapomnieli o tym, iż zostawiłem ich dla gwiazd pokroju Taylor. Teraz liczyła się dla nich tylko moja popularność i, oczywiście, grube miliony na koncie. Ludzie zgromadzeni przy stoliku numer siedem okazali się być grupą mych adoratorów. Co gorsza, Nesbitt nie była wyjątkiem. Również zasypywała mnie komplementami i miłymi uśmieszkami. Miałem dosyć.
- Co myślisz o tym tatuażu? - blondynka podsunęła mi pod twarz ekran telefonu.
Przyglądnąłem się wielkiej mandali, która zdobiła kark jakiejś dziewczyny.
- Nie mam zdania - odpowiedziałem obojętnie, nie wykazując chęci rozmowy.
Dlaczego nie zauważyła, że od dwudziestu minut była przeze mnie całkowicie ignorowana? Miałem oznajmić, żeby się ode mnie odwaliła? Może wtedy by do niej dotarło.
- Chyba go zrobię. Tylko... trochę mniejszy... ? - przyjrzała się zdjęciu, przygryzając dolną wargę. - Chociaż ten nie jest taki zły - westchnęła, zamyślona.
Nesbitt, odwal się! Proszę! Daj mi spokój!
- Mhm - odpowiedziałem wyczerpująco, łapiąc za szklankę wypełnioną sokiem.
Raz jeszcze zerknąłem w stronę Sulewski. Rozmawiała ze swoim facetem, co chwilę wybuchając śmiechem. Wyglądała na naprawdę szczęśliwą.
Przez cały wieczór obdarzyła mnie dokładnie jednym spojrzeniem, nie licząc tego podczas mojego występu. W dodatku spojrzeniem niezwykle przypadkowym. Szukała wzrokiem tej małej dziewczynki w seledynowej sukience, a los chciał, że mała akurat przechodziła obok mojego stolika.
- Wciąż coś do niej czujesz? - o uszy obiło mi się pytanie.
Przyglądnąłem się dokładnie twarzy Nesbitt, nie kryjąc zaskoczenia.
- Co? - zmarszczyłem brwi, ponownie przykładając szklankę do ust.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Nina pytała o Aleksandrę. Gdy się zorientowałem, ona już kontynuowała.
- Ty i Ola? Nadal? - wyglądała, jakby odkryła tajemnicę wszech czasów.
Byłem zmuszony unicestwić jej ekscytację.
- Broń Boże - prychnąłem, widocznie rozbawiony.
Nie kłamałem. Naprawdę wyleczyłem się z uczucia do Aleksandry. Moja tęsknota za nią dosłownie w kilka tygodni po rozstaniu przeobraziła się w nienawiść, a ów nienawiść przerodziła się później w obojętność.
- Na pewno? - przyglądnęła mi się blondynka, dociekając prawdy.
- Na milion procent, Nino. Idziesz zapalić? - zapytałem, już podnosząc się z miejsca.
W odpowiedzi Nesbitt wzruszyła obojętnie ramionami. Powędrowała za mną przez parkiet, gdy kierowałem kroki w stronę wyjścia z namiotu. Nie zatrzymałem się przy wejściu, obok popielniczek, gdyż zgromadziła się przy nich grupa młodych ludzi. Moje zjawienie się na przyjęciu było dla nich nie lada sensacją. Czekali jedynie, aż będą mogli kontynuować swoją relację na Twitterze, dzięki dodaniu wspaniałych fot Sheerana palącego papierosa.
Usiadłem na drewnianej ławce, która znajdowała się na granicy lasu i działki. Po kilku sekundach miejsce obok zajęła Nina.
- Dalej się nie dało? - uniosła jedną brew, widocznie zirytowana.
Odwróciłem głowę w jej stronę, chcąc zobaczyć ten pretensjonalny wyraz twarzy. Nie potrafiłem powstrzymać uniesienia kącika ust. Znajdowałem się obok dawnej Niny Nesbitt. W końcu.
- Da się. Zawsze możemy wejść do lasu - skinąłem w stronę ledwo widocznych drzew.
O tej porze wyglądały mrocznie.
W odpowiedzi przytaknęła, jakby godząc się z faktem, iż ma do czynienia z idiotą.
Z tą Niną mógłbym spędzić cały wieczór. Taką ją lubiłem.
Początkowo zachowywała się, jakby bardzo imponowały jej moje dotychczasowe osiągnięcia w branży muzycznej. Odnosiłem niemal wrażenie, iż chce mi się przypodobać, dzięki czemu mogłaby w przyszłości wykorzystać naszą znajomość.
Teraz jednak była sobą.
- Adoptowała dziecko z tym gościem? - zacząłem, gdy oboje paliliśmy papierosy, przyglądając się koronom drzew, na które księżyc rzucał poświatę.
- Nie mam pojęcia... - wyszeptała, zamyślona.
- Nie przyjaźnicie się? - zmarszczyłem brwi, mierząc wzrokiem towarzyszkę.
Poruszyła kilkukrotnie głową w celu zaprzeczenia.
- Po jej powrocie z Polski trochę się zmieniło - westchnęła Nesbitt, a następnie zaciągnęła się papierosem.
- To znaczy kiedy? Kiedy była w Polsce? - spojrzałem na nią, widocznie zainteresowany.
Zamiast odpowiedzieć, zaśmiała się cicho. Nie miałem pojęcia, dlaczego rozbawiły ją moje pytania. Wciąż atakowałem ją pytającym wzrokiem, wyczekując odpowiedzi.
- Przepraszam - wtrąciła, jakimś cudem powstrzymując wybuch śmiechu. - Zapomniałam, że zakończenie waszego związku było jakimś nieporozumieniem... - przygryzła wargę, widocznie mając mnie za idiotę.
Przez moment chciałem się kłócić. Miałem ochotę wstać i krzyczeć na nią, niczym obrażony chłopiec. W porę jednak zorientowałem się, iż Nina ma całkowitą rację.
- Nie rozgrzebujmy przeszłości - przewróciłem teatralnie oczami, zażenowany.
Mych uszu dobiegł szelest. Kroki stawiane na zwilżonej rosą trawie.
- Przy popielniczkach powstały już setki plotek o waszym romansie! - zaczął radośnie Jake, zmierzając w naszym kierunku.
- Nesbitt, to co powiesz na wycieczkę do jednej z sypialni? Oglądniemy jakiś film, gdy w namiocie setki plotek przerodzą się w tysiące - zażartowałem, spoglądając na blondynkę, która w odpowiedzi uniosła kąciki ust.
Miejsce obok dziewczyny zajął Gosling. Z kieszeni marynarki wysunął paczkę papierosów, a następnie odpalił jednego.
- Jak za starych, dobrych czasów, co? - wtrącił blondyn, mierząc wzrokiem mnie i Ninę. - Szkoda Ed, że będziesz musiał się zbierać... - zaśmiał się szarmancko, teraz obserwując las.
Czyli to teraz nadszedł moment, w którym Jake domagał się mojego opuszczenia imprezy. I tak później, niż się tego spodziewałem.
- Wiem. Kończę papierosa i...
- Żartuję - przerwał mi rozbawiony Gosling.
Gdy oznajmił, że żartuje, poczułem zawód. Naprawdę chciałem już stamtąd uciec, a Jake jedynie odebrał mi dobry pretekst. Teraz musiałem skupić się na szukaniu kolejnego. A może po prostu...
- Nie chcę już tu być - wyrzuciłem z siebie szybko, zanim mógłbym się rozmyślić.
Zarówno Nina jak i Jake obarczyli mnie ciężkim spojrzeniem.
- Co się dzieje? - niesamowicie niezręczną ciszę zdecydowała się przerwać Nesbitt.
Co się działo? Wszystko się działo. Dosłownie wszystko. Ludzie, atmosfera, stolik numer osiem, nowa żona Goslinga, lepiąca się do mnie szatynka, którą zraniłem kilkoma słowami, Aleksandra.
- Po prostu z nią porozmawiaj. Uwierz mi, że ona nie gryzie. Przeprowadź z nią krótką pogawędkę, a od razu poczujesz się lepiej - spoglądający w mroczny las Jake, doradził mi w kilku zdaniach.
Był niesamowity. Tego człowieka mogłem nazwać swoim przyjacielem. Gdy ja sam nie wiedziałem, czego chcę, ani jak to osiągnąć - miałem jego. Swoją jedną wypowiedzią pomógł jak nikt inny.
- Idź, idź... - na usta wprowadził delikatny uśmiech, wciąż nie spoglądając w moją stronę.
Nina zaniemówiła, jedynie obserwując zaistniałą sytuację. Ja podniosłem się z miejsca, po czym powędrowałem z powrotem w stronę namiotu.
Jak powinno to wyglądać? Czy miałem najzwyczajniej w świecie zacząć do niej mówić? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem jedynie, iż postępuję słusznie. Tej myśli się trzymałem.
Dochodziła trzecia w nocy.
- Wciąż masz nadzieje, że twoja walizka doleciała do Londynu... ? - zażartował Stuart.
Minęło już czterdzieści minut. Jakimś dziwnym trafem mój bagaż miał tendencję do zwiedzania przeróżnych zakątków świata beze mnie u swego boku. Do niepojawiającej się na taśmie walizki w pewnym sensie byłem przyzwyczajony.
- Powoli je tracę... - westchnąłem, dłonią przecierając zaspane oczy.
Gdy moja ręka z powrotem utonęła w miękkiej kieszeni bluzy, usłyszałem głos dobiegający zza mych pleców. Była to młoda dziewczyna.
- Przepraszam, czy to... Ed Sheeran? - zaczęła, zanim zdążyłem całkowicie się odwrócić.
Na widok mojej zmęczonej, niesmacznie zaspanej twarzy, zapiszczała entuzjastycznie. Otworzyła szeroko oczy, w ułamku sekundy przysłaniając buzię dłonią i wręcz drżąc z radości. Wciąż nie byłem w stanie pojąć tego typu reakcji ludzi. Przytaknąłem powoli, nawet nie będąc w stanie kryć wycieńczenia.
- Zgadza się - odpowiedziałem jej po chwili, gdy grzebała w torebce, zapewne poszukując telefonu.
Miałem rację. Kilka sekund później namierzyła mnie przednią kamerką urządzenia, wykonując serię zdjęć.
- Masz szczęście! - z transu selfie wyrwał dziewczynę krzyk Stuarta.
Szatynka odeszła powoli, żegnając mnie niepewnym uśmiechem i niezręcznie do mnie machając. Pytającym wzrokiem obarczyłem twarz managera.
- Dlaczego niby mam szczęście? - uniosłem jedną brew.
- Walizka - odpowiedział szybko, wskazując dłonią na ogromny, czarny prostokąt, który dopiero co pojawił się na karuzeli.
Jak najszybciej zgarnąłem bagaż, szeroko się przy tym uśmiechając.
Wjechaliśmy do centrum czarnym vanem. Najpierw szofer kierował się pod adres domu Stu. Ja wciąż nie podałem miejsca docelowego swej podróży. Nie byłem pewien, gdzie chciałbym się znaleźć. Wiedziałem jedynie, iż nie miałem zamiaru spędzić nocy w chłodnym, opustoszałym i zakurzonym mieszkaniu.
- Nie zdziwi mnie, jeśli z przyzwyczajenia pojedziesz do hotelu... - zażartował Camp, męcząc się z wyciąganiem walizki z bagażnika.
- Coś wymyślę - odpowiedziałem mu, wytrwale przeszukując kontakty w telefonie.
Było ich mnóstwo. Niesamowicie długa lista producentów, początkujących muzyków, pięknych kobiet, niezbyt pięknych kobiet, kolegów i koleżanek, światowego formatu gwiazd... Brakowało tylko jakichkolwiek kontaktów z Londynu. Całkowicie odciąłem się od angielskich znajomości, pomijając oczywiście utrzymywanie kontaktu z rodziną i Liss.
Już w domu, czy wciąż w podróży?
Przerwała mi wiadomość od Taylor. Otworzyłem okno rozmowy, po czym szybko odpisałem.
Sam nie wiem...
Wróciłem do poprzedniego zajęcia. Nie minęło kilka sekund, a cały ekran wypełniło kompromitujące selfie Swift, które przypisała mi jako zdjęcie kontaktu. Nasunąłem kciuk na zieloną słuchawkę.
- Coś się stało? - zaczęła, zanim zdążyłem wypowiedzieć choćby prymitywne "halo?".
- Dlaczego? - zareagowałem, marszcząc brwi.
- Gdzie teraz? - swoje trzy grosze dorzucił kierowca vana.
- Proszę dać mi chwilę... - rzuciłem mu szybko, z powrotem koncentrując się na rozmowie telefonicznej.
- Wiadomość od ciebie wygląda dość depresyjnie... - spokojnym głosem wyjaśniła Taylor.
- To tylko... - sam nie wiedziałem, jak się tłumaczyć.
Prawda była taka, że powinienem popaść w depresję. Londyn, który jeszcze dwa lata wstecz był ukochanym przeze mnie miejscem, teraz stał się nieznanym terenem. Cóż z tego, że mapa miasta nie była w stanie uciec z mej pamięci, gdy nie istniała choć jedna osoba, w której mieszkaniu mógłbym spędzić noc. I nie chodziło o seks. Chodziło o zwykłe nocowanie u kogoś, tak po znajomości.
- Weź mnie z powrotem do Stanów. Mam już dość Anglii - zaśmiałem się cicho, niesamowicie zmęczony.
- Okropna pogoda? - po jej głosie rozpoznałem, że się uśmiechała.
- Żeby tylko... - spojrzałem za szybę, którą pokrywały pozostałości po deszczu,. Przestało padać może kwadrans wcześniej. - Uświadomiłem sobie, że nie mam tu znajomych.
Gdy wyrzuciłem z siebie ostatnie zdanie, zabolało mnie serce. Nie często mi się to zdarzało. Wtedy jednak, siedząc samotnie w vanie, było mi cholernie smutno. Miałem niesamowitą ochotę na przesłodzoną gorącą czekoladę, przygotowaną według przepisu Taylor. Spożylibyśmy ją w mieszkaniu Swift, w Nowym Jorku, otoczeni przez zabawnych ludzi oraz urocze koty...
- A Jake? Twój przyjaciel? No halo! - zareagowała Tay, chcąc przywrócić mój dobry nastrój.
- Były przyjaciel. Nie gadaliśmy od... kilkunastu miesięcy - zagryzłem wargę i opuściłem głowę, czując, jak moją twarz pokryły gorące rumieńce.
Oczywiście kontakt z Goslingiem urwał się z mojej winy. Pewnego wieczoru wpadłem na świetny pomysł usunięcia jego numeru z telefonu, a wraz z tym usunięcia go z mego życia. Cóż za geniusz.
- Prawdziwej przyjaźni nie kończy kilkanaście miesięcy milczenia, Ed - wyjaśniła mi spokojnym tonem.
W jej głosie było coś, co potrafiło mnie przekonać. Ludziom rzadko udawało się przemówić mi do rozsądku, ale Swift wychodziło to wybitnie. Niemal za każdym razem była w stanie zmienić moje zdanie o sto osiemdziesiąt stopni.
- Wiesz co? - na usta wprowadziłem ostrożny uśmiech. - Sprawdzę to.
Podyktowałem kierowcy adres Goslinga, mając nadzieje, że nie zmienił on miejsca zamieszkania. Co zabawne, w ogóle nie przeszkadzał mi fakt, iż był środek nocy. Chciałem choćby zobaczyć twarz blondyna. Nawet, jeśli miałby z hukiem wyrzucić mnie z mieszkania. Musiałem się mu przyglądnąć i dzięki widokowi jego twarzy przypomnieć sobie, jak beztroskim było moje życie jeszcze dwadzieścia cztery miesiące wstecz.
Zapukałem kilkukrotnie w drzwi. Odczekałem parę minut, a następnie czynność powtórzyłem. Z każdą sekundą moje serce biło coraz szybciej. Ciężko było mi równomiernie oddychać. Minął kwadrans, nim usłyszałem przekręcanie klucza w zamku. Zza skrzydła drzwiowego wyłoniła się nieznana mi twarz mężczyzny.
- Dobry wieczór? Dzień dobry? - zaczął zaspany facet, zachrypniętym głosem. - Ed Sheeran? - zmrużył oczy, gdyż drażniło go światło dobiegające z klatki schodowej.
- Czy to wciąż mieszkanie Jake'a Goslinga? - uniosłem jedną brew, zakłopotany.
Zignorowałem fakt, iż mężczyzna mnie kojarzył.
- Tak - odpowiedział cicho. - Jestem bratem Alice - dodał szybko, po czym zakrył dłonią usta, kamuflując ziewnięcie.
- Alice ma brata? - nawet nie starałem się kryć szoku.
Już pomijając fakt, że moja najlepsza przyjaciółka jakimś cudem miała brata, co robił on w mieszkaniu Goslinga?! Czy Jake był gejem?!
- Skoro jestem jej bratem... chyba ma - westchnął, uśmiechając się delikatnie.
- Mogę porozmawiać z Jake'iem? Albo choćby się z nim zobaczyć? - odpowiedziałem mu szybko, zdezorientowany.
- Obudzę go... - odwrócił się, drzwi pozostawiając otwarte na oścież, jakby tym sposobem chciał zaprosić mnie do środka.
Przynajmniej ja tak to odebrałem. Przekroczyłem próg, rozglądając się z zainteresowaniem. Zmienił kolor ścian i meble w salonie. Reszta wyglądała tak znajomo... Mimowolnie uniosłem kąciki ust. Nawet, jeśli Gosling na mój widok miałby zacząć krzyczeć, po czym wypchnąć mnie przez balkon - warto było przyjechać do jego mieszkania.
- Ed Sheeran?! Wow! Mogę autograf? - wypowiedział ironicznie na jednym wdechu, podchodząc leniwym krokiem do kanapy. - Kto ci powiedział? - dodał, gdy już znalazł się na siedzisku.
- Powiedział o czym? - zmarszczyłem brwi, usadawiając się w fotelu, naprzeciw Goslinga.
- Nie rób ze mnie idioty. Kto powiedział ci o ślubie? - przyglądał mi się chłodnym spojrzeniem, powoli mrugając powiekami.
- Kto bierze ślub? - zapytałem niepewnym głosem, przerażony.
Czy byłem zszokowany? To za mało powiedziane.
- Ja i Alice. Nie musisz udawać, że nie wiesz - odpowiedział spokojnie, czekając na moją reakcję.
- Alice?! - niemalże krzyknąłem. - O czym ty mówisz?!
- Nie Liss! Boże, Ed! - dłoń przyłożył do czoła, zażenowany. - Sądzisz, że tylko jedna dziewczyna w całym kraju ma na imię Alice?
- Skąd mogę znać tą... twoją Alice? - uniosłem jedną brew.
- Racja... - odpowiedział szybko niemal wchodząc mi w słowo. - Skąd możesz znać moją narzeczoną, skoro zdecydowałeś się na zakończenie naszej znajomości... ? - przyglądał mi się chłodnym spojrzeniem, tylko czekając, aż ucieknę wzrokiem.
Tak też się stało. Już dawno nie byłem aż tak zażenowany, jak wtedy. Ratunkiem na niezręczną sytuację okazała się być obecność wybranki Goslinga w mieszkaniu. Kobieta pojawiła się w salonie, wiążąc na supeł sznurek puszystego szlafroka.
- Jake? Żartujesz? - zmrużyła oczy, mówiąc zachrypłym głosem. - Naprawdę to zrobiłeś?
Wzięła głęboki wdech, po czym całkowicie zapomniała o oddychaniu. Łzy zastygły w jej oczach, a usta delikatnie się uchyliły. Byłem w szoku. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak dziwna była jej reakcja na mój widok. Czułem się, jakbym został przyłapany z Goslingiem na gorącym uczynku, a przyszła panna młoda właśnie dowiedziała się, iż jej narzeczony preferuje mężczyzn.
- Ed... - po chwili stania w bezruchu znów zaczęła mówić. - Tak się cieszę, że zdecydowałeś się na uświetnienie naszego wesela swoim występem... - pokręciła z niedowierzaniem głową, podchodząc do mnie.
Automatycznie wstałem, uśmiechając się uprzejmie. Gdy wysunęła rękę w celu przywitania, skopiowałem jej ruch, ogłupiały. Po naszym niezręcznym, przynajmniej dla mnie, uścisku dłoni, zajęliśmy miejsca na siedzisku kanapy. Gosling zmierzył niepewnym wzrokiem najpierw twarz wybranki, później moją.
I tym oto sposobem stałem się gościem weselnym.
- Naprawdę chciałabym, aby podkładem do naszego pierwszego tańca stało się Thinking Out Loud... - oznajmiła rozmarzona Alice, patrząc głęboko w oczy Jake'a.
Uśmiechnąłem się delikatnie, z satysfakcją obserwując bladą twarz przyjaciela.
- Thinking Out Loud... - przytaknąłem, z rozbawieniem spoglądając w dół. - Piękny wybór. Rzadko gram ten utwór na weselach...
- Naprawdę? - otworzyła szerzej oczy, zerkając na mnie. - Ta piosenka jest niesamowita!
- Tak, tak. Bardzo niedoceniana... - usiłowałem powstrzymać wybuch śmiechu, nawet nie mając odwagi spojrzeć na Jake'a.
Ten doskonale wiedział, że wkręcałem Liss.
Nerwowo krążyłem po trawie za namiotem, palcami brzdąkając przypadkowe akordy. Wzrok opuściłem, intensywnie myśląc.
Plan był prosty. Zaczynam od wejścia na niewielką scenę, uprzejmie uśmiechając się do gości. Później podchodzę do mikrofonu, witam wszystkich, rzucam kilka miłych słów do pary młodej. Gdy Jake i Alice są już na parkiecie, czas na pierwsze dźwięki Thinking Out Loud. Po tym utworze znowu mówię coś do młodych, później oznajmiam Alice, że czas na piosenkę niespodziankę. Gram Photograph, obserwując, jak kobieta z trudem powstrzymuje łzy wzruszenia, wtulając się w objęcia Goslinga. Po krótkim występie żegnam się z gośćmi, schodzę ze sceny, przeprowadzam kilkuminutową rozmowę z młodą parą i oznajmiam, iż muszę się zbierać. Wracam do Londynu.
Coś wewnątrz mnie chciało jednak złamać obietnicę złożoną Jake'owi. A może nie tyle chciało ją złamać, co po prostu czuło, iż plan nie do końca uda mi się zrealizować.
Na zewnątrz, za ogromnym, białym namiotem, zaczynało robić się chłodno. Teraz moje dłonie przestały mieć kontakt z instrumentem, gdyż w celu ogrzania się musiałem szybko nimi o siebie pocierać. Niestety nawet to nie pomagało. Moje ciało przechodziły dreszcze i czułem się beznadziejnie. Dobiegały do mnie gwarne rozmowy i śmiechy z ogrzewanego wnętrza, gdy ja, samotnie, w półmroku, walczyłem z niekontrolowanym drżeniem. Cóż za szacunek do gwiazdy wieczoru.
- Ed? - róg białej plandeki odchylił się, a ja usłyszałem szept jednego z członków kwartetu smyczkowego. - Jesteś? - dodał po kilku sekundach, aż w końcu namierzył mnie wzrokiem.
- Już? - odpowiedziałem mu pytaniem, starając się nie wyglądać na zmarzniętego.
- Po słowach powitajmy wyjątkowego gościa, dobrze? - na ustach szczupłego szatyna błąkał się uśmiech.
W odpowiedzi przytaknąłem, poprawiając pasek od gitary, który zawinął się w okolicy karku.
Gdy mężczyzna z powrotem schował się wewnątrz, złapałem za śliski, biały materiał, niecierpliwie wyczekując momentu, gdy moja skóra znajdzie się w cieple.
- ...a teraz powitajmy naszego wyjątkowego gościa!
Publika zareagowała na słowa mężczyzny leniwymi oklaskami, lecz gdy tylko goście ujrzeli mnie, wyłaniającego się z zewnątrz, oklaski przerodziły się w entuzjastyczny aplauz i radosne okrzyki. Atmosfera wprowadzona przez elegancko ubranych nie miała jednak nic wspólnego z tą, którą tworzyło kilkanaście tysięcy fanów.
- Dobry wieczór... - zacząłem, regulując wysokość statywu.
Później rzuciłem kilkoma uroczymi zdaniami, nie mierząc spojrzeniem gości, którzy zajmowali miejsca przy stołach. Skupiłem się na czarnym pokrętle przy statywie, choć na dobrą sprawę mikrofon znajdował się już na odpowiedniej wysokości. Unikałem niezręcznego kontaktu wzrokowego z potencjalnymi znajomymi, którzy mogli znajdować się w namiocie.
Przez całą długość Thinking Out Loud miałem zamknięte oczy. Wyglądałem wtedy, jakbym wczuwał się w utwór, kiedy w rzeczywistości nie miałem pojęcia, gdzie patrzeć. Na pewno nie chciałem spoglądać na publikę. Tym bardziej nie chciałbym delektować się widokiem powolnego tańca Jake'a i Alice.
- Tę piosenkę chciałbym zadedykować Tobie, Alice. Mam nadzieję, że prezent w postaci Photograph uczyni ten dzień jeszcze bardziej wyjątkowym...
Tuż po wypowiedzeniu ostatniego słowa, zacząłem grać. Chciałem mieć to za sobą. Pierwsza zwrotka jakoś poleciała, uważnie obserwowałem struny. Tej piosenki nie chciałem zaśpiewać z zamkniętymi oczami, gdyż goście mogliby zacząć coś podejrzewać. Tym razem zdecydowałem się na obserwację mojego instrumentu. Gryf, struny, pudło. Niestety podczas refrenu coś podkusiło mnie, by spojrzeć na pannę młodą. Chciałem posłać jej delikatny uśmiech, by poczuła się wyjątkowo. Z pewnością wzruszona Alice nie odrywała ode mnie wzroku, gdy grałem jej ulubioną piosenkę. I doigrałem się. Zamiast dorwać spojrzeniem kobietę w śnieżnobiałej sukni, mój wzrok uchwycił wlepione we mnie spojrzenie Aleksandry Sulewski... O nie! Nie nie nie! NIEEEEEE! Opuszek zsunął mi się ze struny, co poskutkowało niesmacznie spapranym akordem. Nie tylko osoby wykształcone muzycznie były w stanie stwierdzić, że się pomyliłem. Ale nie chodziło o te osoby. Chodziło o Aleksandrę, która zapewne uważała się za nie wiadomo kogo, gdyż Ed Sheeran pomylił się przez zetknięcie z nią wzrokiem, podczas wykonywania nieszczęsnego Photograph! Cóż za okropna wpadka! Wyleczyłem się z niej dawno temu, więc nie mogła myśleć, iż wciąż cokolwiek dla mnie znaczy. Jeszcze niepotrzebnie narobiłaby sobie nadziei.
Zszedłem ze sceny, wymieniłem parę przesłodzonych słów z parą młodą, chciałem uciekać. Skoro nawet Aleksandra znajdowała się na imprezie, musiała być tam również Nina. A jeśli Jake zaprosił te dwa przypadki, musiał też powysyłać zaproszenia połowie moich starych znajomych. Ostatnim, na co byłem gotów, byłoby tłumaczenie się, dlaczego postanowiłem stać się odciętą od angielskich realiów gwiazdką pop.
- Muszę się zbierać, jutro czeka mnie pracowity dzień - na twarz wprowadziłem szczyptę żalu i smutku, aby przekonać Alice.
- Ed, jest dziewiętnasta - kobieta westchnęła, a jej westchnięciu wykryłem nutę dezaprobaty. - Na pewno nie pójdziesz spać o dwudziestej. Zostań chociaż na godzinę. Mamy pyszną pieczeń... - uniosła jedną brew, jakby była pewna, iż uda jej się mnie przekonać.
No dobrze, byłem głodny. A cały namiot wypełniała piękna woń mięsa i sosu pieczeniowego. Ale nawet to nie zmieniało faktu, że nie byłem w stanie rozmawiać z niektórymi ludźmi, którzy pałętali się gdzieś między stolikami.
- Jet lag wciąż trzyma się gdzieś w moim ciele. Naprawdę muszę się zbierać - z niesmakiem zmarszczyłem brwi.
- Zostań choć na chwilę... - zareagowała wyciszonym głosem, tym razem spokojniej.
Zrobiła tą minę, którą kobiety wykorzystują, gdy chcą przekonać facetów. Nie pomagał fakt, iż to był jej dzień i stała przede mną w pięknej sukni ślubnej. Smutna. Nie mogłem zepsuć jej tego wieczoru.
- Na króciutki moment... - odparłem szeptem, przewracając teatralnie oczami.
- Dostrzegłam wolne miejsce przy stoliku numer osiem! - oznajmiła wesoło.
Gdy kobieta z powrotem uśmiechała się szeroko, a następnie odeszła, ginąc w tłumie gości, pożałowałem swojej decyzji.
Zaczęło się tradycyjnie, atakiem telefonami komórkowymi. Ledwie zastygłem do jednego selfie, obok czekała osoba z gotowym do działania aparatem. Zrobiłem krok, a jakaś młoda kobieta już truchtała w mym kierunku, ciągnąc za sobą koleżankę. Tak spędziłem kolejny kwadrans.
Gdy już łudziłem się, iż grupa fanów rozpłynęła się gdzieś w tłumie gości, zauważyłem, że jedna z dziewczyn nie odpuszczała. Owszem, wymieniłem z nią parę zdań, ale powinna wiedzieć, że zrobiłem to jedynie z grzeczności. Wypadało odpowiadać na zadawane pytania. Niestety ta szczupła szatynka przekonana była, iż przykuła moją uwagę.
- Przyszedłeś sam, czy z osobą towarzyszącą? - zaatakowała mnie kolejnym pytaniem, gdy starałem się dotrzeć do stolika numer osiem.
- Ja... - odpowiedziałem powoli, mijając kolejnych ludzi i kolejne stoły. - Nie wiem, jak odpowiedzieć - przyznałem prawdziwie, wciąż idąc przed siebie i czując, że kobieta podążała za mną.
- To dość proste pytanie - zaśmiała się, zdziwiona.
W końcu postanowiłem się zatrzymać, aby móc spojrzeć szatynce prosto w oczy. Nadszedł czas, by dała sobie spokój. To nie ta noc, gdy uda jej się uwieść Eda Sheerana.
- Jeśli powiem, że przyszedłem sam, będziesz kleić się do mnie przez resztę wieczoru. Jeśli powiem, że przyszedłem z osobą towarzyszącą, po jakimś czasie zorientujesz się, że skłamałem - wypowiedziałem na jednym wdechu, na twarzy pozostawiając niezobowiązujący uśmiech.
Przyglądałem się dokładnie mimice jej twarzy. Z zainteresowaniem obserwowałem radość przeradzającą się w irytację i... czy w jej oczach gromadziły się łzy?
- Przepraszam, ale... - przerwała, wstrzymując oddech. - Czuję się bardzo zażenowana - wprowadziła na usta sztuczny uśmiech, a gdy zza jej powieki przypadkiem wypłynęła łza, odwróciła się szybko, chcąc uciec.
W tamtym momencie naprawdę poczułem wyrzuty sumienia. Oczywiście nie chciałem, aby przez resztę wieczoru śledziła mnie psychiczna fanka, ale... było mi przykro. Zraniłem jej uczucia i prawdopodobnie doszczętnie zniszczyłem jej dobry nastrój.
Karma zareagowała szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać. Przy stoliku numer osiem zasiadało kilka znajomych twarzy z Londynu, w tym Nina Nesbitt ze swoim partnerem, którego nie miałem okazji wcześniej poznać. Gdyby tego było mało, po drodze wzrokiem zahaczyłem o stolik numer siedem. To przy nim zajmowała miejsce Aleksandra Sulewski z facetem. Obok niej rozrabiała jakaś dziewczynka, lecz raczej nie łączyłbym ów dziecka z moją dawną partnerką. Blondyneczka była zapewne córką kogoś, kto również usadzony został przy stoliku siódmym.
- Dobry wieczór - przywitałem się, odsuwając od blatu okryte białym materiałem krzesło.
Nesbitt, gdy tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała jak inna osoba. Krótkie, niemal srebrne włosy, koronkowa, obcisła sukienka, mocny makijaż, a u boku wytatuowany facet. Nie, żebym ja sam nie był wytatuowanym facetem. Po prostu tatuaże tego gościa były przerażające, czego nie można było powiedzieć o moich.
- Wróciłeś, gwiazdo! - krzyknęła blondynka, wstając z miejsca.
Podeszła do mnie, aby mocno mnie objąć.
Moje grzechy zostały mi wybaczone szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać. Nagle wszyscy dawni znajomi zapomnieli o tym, iż zostawiłem ich dla gwiazd pokroju Taylor. Teraz liczyła się dla nich tylko moja popularność i, oczywiście, grube miliony na koncie. Ludzie zgromadzeni przy stoliku numer siedem okazali się być grupą mych adoratorów. Co gorsza, Nesbitt nie była wyjątkiem. Również zasypywała mnie komplementami i miłymi uśmieszkami. Miałem dosyć.
- Co myślisz o tym tatuażu? - blondynka podsunęła mi pod twarz ekran telefonu.
Przyglądnąłem się wielkiej mandali, która zdobiła kark jakiejś dziewczyny.
- Nie mam zdania - odpowiedziałem obojętnie, nie wykazując chęci rozmowy.
Dlaczego nie zauważyła, że od dwudziestu minut była przeze mnie całkowicie ignorowana? Miałem oznajmić, żeby się ode mnie odwaliła? Może wtedy by do niej dotarło.
- Chyba go zrobię. Tylko... trochę mniejszy... ? - przyjrzała się zdjęciu, przygryzając dolną wargę. - Chociaż ten nie jest taki zły - westchnęła, zamyślona.
Nesbitt, odwal się! Proszę! Daj mi spokój!
- Mhm - odpowiedziałem wyczerpująco, łapiąc za szklankę wypełnioną sokiem.
Raz jeszcze zerknąłem w stronę Sulewski. Rozmawiała ze swoim facetem, co chwilę wybuchając śmiechem. Wyglądała na naprawdę szczęśliwą.
Przez cały wieczór obdarzyła mnie dokładnie jednym spojrzeniem, nie licząc tego podczas mojego występu. W dodatku spojrzeniem niezwykle przypadkowym. Szukała wzrokiem tej małej dziewczynki w seledynowej sukience, a los chciał, że mała akurat przechodziła obok mojego stolika.
- Wciąż coś do niej czujesz? - o uszy obiło mi się pytanie.
Przyglądnąłem się dokładnie twarzy Nesbitt, nie kryjąc zaskoczenia.
- Co? - zmarszczyłem brwi, ponownie przykładając szklankę do ust.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Nina pytała o Aleksandrę. Gdy się zorientowałem, ona już kontynuowała.
- Ty i Ola? Nadal? - wyglądała, jakby odkryła tajemnicę wszech czasów.
Byłem zmuszony unicestwić jej ekscytację.
- Broń Boże - prychnąłem, widocznie rozbawiony.
Nie kłamałem. Naprawdę wyleczyłem się z uczucia do Aleksandry. Moja tęsknota za nią dosłownie w kilka tygodni po rozstaniu przeobraziła się w nienawiść, a ów nienawiść przerodziła się później w obojętność.
- Na pewno? - przyglądnęła mi się blondynka, dociekając prawdy.
- Na milion procent, Nino. Idziesz zapalić? - zapytałem, już podnosząc się z miejsca.
W odpowiedzi Nesbitt wzruszyła obojętnie ramionami. Powędrowała za mną przez parkiet, gdy kierowałem kroki w stronę wyjścia z namiotu. Nie zatrzymałem się przy wejściu, obok popielniczek, gdyż zgromadziła się przy nich grupa młodych ludzi. Moje zjawienie się na przyjęciu było dla nich nie lada sensacją. Czekali jedynie, aż będą mogli kontynuować swoją relację na Twitterze, dzięki dodaniu wspaniałych fot Sheerana palącego papierosa.
Usiadłem na drewnianej ławce, która znajdowała się na granicy lasu i działki. Po kilku sekundach miejsce obok zajęła Nina.
- Dalej się nie dało? - uniosła jedną brew, widocznie zirytowana.
Odwróciłem głowę w jej stronę, chcąc zobaczyć ten pretensjonalny wyraz twarzy. Nie potrafiłem powstrzymać uniesienia kącika ust. Znajdowałem się obok dawnej Niny Nesbitt. W końcu.
- Da się. Zawsze możemy wejść do lasu - skinąłem w stronę ledwo widocznych drzew.
O tej porze wyglądały mrocznie.
W odpowiedzi przytaknęła, jakby godząc się z faktem, iż ma do czynienia z idiotą.
Z tą Niną mógłbym spędzić cały wieczór. Taką ją lubiłem.
Początkowo zachowywała się, jakby bardzo imponowały jej moje dotychczasowe osiągnięcia w branży muzycznej. Odnosiłem niemal wrażenie, iż chce mi się przypodobać, dzięki czemu mogłaby w przyszłości wykorzystać naszą znajomość.
Teraz jednak była sobą.
- Adoptowała dziecko z tym gościem? - zacząłem, gdy oboje paliliśmy papierosy, przyglądając się koronom drzew, na które księżyc rzucał poświatę.
- Nie mam pojęcia... - wyszeptała, zamyślona.
- Nie przyjaźnicie się? - zmarszczyłem brwi, mierząc wzrokiem towarzyszkę.
Poruszyła kilkukrotnie głową w celu zaprzeczenia.
- Po jej powrocie z Polski trochę się zmieniło - westchnęła Nesbitt, a następnie zaciągnęła się papierosem.
- To znaczy kiedy? Kiedy była w Polsce? - spojrzałem na nią, widocznie zainteresowany.
Zamiast odpowiedzieć, zaśmiała się cicho. Nie miałem pojęcia, dlaczego rozbawiły ją moje pytania. Wciąż atakowałem ją pytającym wzrokiem, wyczekując odpowiedzi.
- Przepraszam - wtrąciła, jakimś cudem powstrzymując wybuch śmiechu. - Zapomniałam, że zakończenie waszego związku było jakimś nieporozumieniem... - przygryzła wargę, widocznie mając mnie za idiotę.
Przez moment chciałem się kłócić. Miałem ochotę wstać i krzyczeć na nią, niczym obrażony chłopiec. W porę jednak zorientowałem się, iż Nina ma całkowitą rację.
- Nie rozgrzebujmy przeszłości - przewróciłem teatralnie oczami, zażenowany.
Mych uszu dobiegł szelest. Kroki stawiane na zwilżonej rosą trawie.
- Przy popielniczkach powstały już setki plotek o waszym romansie! - zaczął radośnie Jake, zmierzając w naszym kierunku.
- Nesbitt, to co powiesz na wycieczkę do jednej z sypialni? Oglądniemy jakiś film, gdy w namiocie setki plotek przerodzą się w tysiące - zażartowałem, spoglądając na blondynkę, która w odpowiedzi uniosła kąciki ust.
Miejsce obok dziewczyny zajął Gosling. Z kieszeni marynarki wysunął paczkę papierosów, a następnie odpalił jednego.
- Jak za starych, dobrych czasów, co? - wtrącił blondyn, mierząc wzrokiem mnie i Ninę. - Szkoda Ed, że będziesz musiał się zbierać... - zaśmiał się szarmancko, teraz obserwując las.
Czyli to teraz nadszedł moment, w którym Jake domagał się mojego opuszczenia imprezy. I tak później, niż się tego spodziewałem.
- Wiem. Kończę papierosa i...
- Żartuję - przerwał mi rozbawiony Gosling.
Gdy oznajmił, że żartuje, poczułem zawód. Naprawdę chciałem już stamtąd uciec, a Jake jedynie odebrał mi dobry pretekst. Teraz musiałem skupić się na szukaniu kolejnego. A może po prostu...
- Nie chcę już tu być - wyrzuciłem z siebie szybko, zanim mógłbym się rozmyślić.
Zarówno Nina jak i Jake obarczyli mnie ciężkim spojrzeniem.
- Co się dzieje? - niesamowicie niezręczną ciszę zdecydowała się przerwać Nesbitt.
Co się działo? Wszystko się działo. Dosłownie wszystko. Ludzie, atmosfera, stolik numer osiem, nowa żona Goslinga, lepiąca się do mnie szatynka, którą zraniłem kilkoma słowami, Aleksandra.
- Po prostu z nią porozmawiaj. Uwierz mi, że ona nie gryzie. Przeprowadź z nią krótką pogawędkę, a od razu poczujesz się lepiej - spoglądający w mroczny las Jake, doradził mi w kilku zdaniach.
Był niesamowity. Tego człowieka mogłem nazwać swoim przyjacielem. Gdy ja sam nie wiedziałem, czego chcę, ani jak to osiągnąć - miałem jego. Swoją jedną wypowiedzią pomógł jak nikt inny.
- Idź, idź... - na usta wprowadził delikatny uśmiech, wciąż nie spoglądając w moją stronę.
Nina zaniemówiła, jedynie obserwując zaistniałą sytuację. Ja podniosłem się z miejsca, po czym powędrowałem z powrotem w stronę namiotu.
Jak powinno to wyglądać? Czy miałem najzwyczajniej w świecie zacząć do niej mówić? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem jedynie, iż postępuję słusznie. Tej myśli się trzymałem.
wtorek, 4 października 2016
Rozdział XLVI
- Lipowa? Lipna? - wyszeptałam, energicznie stukając kciukami w ekran telefonu.
Miałam jeszcze resztki nadziei, że zapisałam adres kancelarii podyktowany mi przez pana Edwarda - prawnika ojca.
- A byłaby pani na tyle łaskawa, by podać jeden adres? - wtrącił z przekąsem taksówkarz, nerwowo bijąc palcami w skórzaną kierownicę samochodu.
Czułam, jak ze stresu zaczął zalewać mnie zimny pot.
Samolot wylądował na warszawskim lotnisku niespełna pół godziny wcześniej. Jeszcze siedząc w fotelu Boeinga wszystko wydawało się takie proste. Miałam w planach szybko pojechać do kancelarii, podpisać jakieś dokumenty, sprawnie przeprowadzić rozmowę dotyczącą pogrzebu i wracać do Anglii. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy komplikacje zaczęły atakować mnie już w taksówce.
- Proszę szybciej! Nie mam całego dnia! - wybuchnął starszy mężczyzna, gdy ja głęboko wewnątrz panicznie płakałam.
Przysięgam, że kancelaria mieściła się przy ulicy, która w nazwie miała coś z lipą.
- Ulica Hoserów - oznajmiałam kierowcy, zrezygnowana.
Dom rodzinny był ostatnim miejscem, w którym chciałabym się znaleźć. Był też jednym z niewielu miejsc, których adresy wykute były w mej pamięci.
- Tak długo musiała pani myśleć... ? - dodał z przekąsem taksówkarz, wpisując adres na ekranie telefonu.
W kilka sekund później, zanim pod wpływem nerwów zdążyłam mu odpyskować, ruszył z piskiem opon.
Starszy mężczyzna pędził drogą ekspresową swym kilkunastoletnim Oplem. W pojeździe było naprawdę duszno, już pomijając wszechobecny, mdły zapach wanilii. Niestety gdy tylko uchyliłam szybę na kilka centymetrów, kierowca, delikatnie mówiąc, zwrócił mi uwagę. Musiałam więc zaakceptować niezbyt komfortowe warunki i w myślach usiłować przekonać samą siebie, że przyjazd do Polski był świetnym pomysłem.
Aby jakkolwiek umilić sobie podróż, wsunęłam do uszu słuchawki. Odtworzyłam pierwszą lepszą playlistę, obserwując widoki malujące się za szkłem. Pola pokryte cienką warstwą śniegu, która powoli topiła się pod wpływem ostrych promieni słonecznych, pnie drzew, które dzieliły nienaturalnie równe odległości... Delektowałam się polskim krajobrazem. Mimo tego, iż z ojczystym krajem łączyły mnie nienajlepsze wspomnienia - na kilka minut skupiłam się wyłącznie na jego pięknie.
- Idioto! - z momentu zadumy wyrwał mnie krzyk, który był na tyle głośny, że przebił się przez muzykę wypływającą z słuchawek.
Jednym ruchem dłoni odetkałam uszy, ciągnąc za biały kabel. Piosenkę zastąpił mi pisk opon, a następnie huk i niekontrolowane wyrwanie ciała w przód.
Otworzyłam szeroko oczy, przyglądając się czerwonej od złości twarzy taryfiarza. Strzelał wiązanką przekleństw, uderzając dłońmi w kierownicę. Co jakiś czas przypadkowo uruchamiał tym sposobem dźwięk klaksonu.
Swoje zdezorientowane spojrzenie przeniosłam na czarnego Jeepa, którego zderzak nie był w najlepszym stanie. Choć wciąż w stanie lepszym niż przednia lampa starego Opla, której część znalazła się aż kilka metrów przed maską samochodu.
- Czy pan właśnie... - przełknęłam głośno ślinę, z niedowierzaniem otwierając szeroko oczy. - Czy pan właśnie wjechał w samochód znajdujący się przed nami... ?
Uniosłam jedną brew, nie kryjąc zdumienia. Mój przyjazd do Polski zdecydowanie nie był dobrym pomysłem. Wszechświat dał mi już wystarczająco dużo znaków.
- Czy pani naprawdę jest aż tak głupia, czy tylko udaje? - na jego odpowiedź nie czekałam długo.
Tym razem nie zignorowałam słów krytyki. Jeśli w ogóle ów słowa podchodziły pod krytykę.
- Mam nadzieję, że dwadzieścia funtów wystarczy... - czując, jak moje tętno przyspiesza pod wpływem nerwów, wsunęłam dłoń w kieszeń spodni.
Wyciągnęłam z niej kilka zwiniętych banknotów, z których jeden wrzuciłam na przednie siedzenie. Kierowa obdarzył mnie chłodnym spojrzeniem, gdy chwyciłam za klamkę w celu wydostania się z pojazdu.
Odległość dzielącą taryfę i Jeepa nazwać można było centymetrami. A może nawet milimetrami... ?Stojąc na uboczu przyglądałam się dokładnie obu pojazdom, porównując szkody. W zasadzie nie było czego porównywać, gdyż po stłuczce ucierpiało głownie auto taksówkarza. Świadom tego był nawet kierowca drugiego samochodu, który już z niego wysiadł i jak gdyby nigdy nic odpalił papierosa, opierając się biodrem o maskę. Nie widziałam jego twarzy, gdyż z mej perspektywy mogłam obserwować jedynie jego plecy. Po posturze stwierdziłam, iż był młodym mężczyzną.
Z momentu zadumy wyrwał go dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie był to jego telefon.
- Ed? - zaczęłam, wzrokiem mierząc już nie młodego faceta, a znajdujące się obok drogi pole.
- Któż by inny - byłam w stanie usłyszeć, że mówiąc, na jego twarzy królował uśmiech. - Spotkamy się za jakieś dwie godziny? - dodał szybko i entuzjastycznie.
- Dzisiaj mam dość napięty grafik... - odpowiedziałam, czując, jak z nerwów moją twarz pokryły gorące rumieńce. - Może jutro?
- Jutro... - powtórzył, intensywnie myśląc. - Raczej tak. Coś wykombinuję.
- W takim razie... do jutra - wymusiłam uśmiech.
- Nie możesz rozmawiać? - w jego głosie wyczułam zawód.
- Teraz nie. Odezwę się później. Na razie! - pożegnałam się dość szybko, czując, iż kilkanaście centymetrów za mną ktoś się czai.
- Zna pani tego gościa? - zaczął szatyn, widząc, iż już odwracam się twarzą w jego stronę. Dłonią wskazał na taksówkarza.
Na mój widok chwilowo zastygł, jakby zakrztusił się cukierkiem. Po kilku sekundach przełknął ślinę, starając się opanować.
- Nie. Jestem tylko pasażerem - odpowiedziałam po chwili, zbyt często mrugając powiekami i przygryzając nerwowo wargę. Moje tętno przyspieszyło.
Taryfiarz w końcu zdecydował się na opuszczenie Opla i załatwienie sprawy w sposób godny dorosłego człowieka. Młody kierowca poprosił go o wypełnienie odpowiednich dokumentów, sam również złożył podpis na kilku kartkach. Nie minął kwadrans, a dwójka bez zbędnych kłótni gotowa była opuścić miejsce kolizji. Problem tkwił jedynie w tym, iż nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić. Pogodzić się z taksówkarzem? Łapać stopa? Szukać przystanku komunikacji miejskiej, jakby zapominając o fakcie, że znajdowałam się na ekspresówce?
- Podrzucę panią do centrum - zaoferował szatyn, obojętnie podchodząc do drzwi od strony miejsca pasażera.
Otworzył je, po czym zaprosił mnie do środka ruchem dłoni. Na moment zamarłam, głęboko oddychając.
- Dziękuję, ale... - wydusiłam z siebie.
Ale? Nie miałam wyjścia. Krótka przejażdżka we dwoje była jedyną rozsądną opcją.
- Nie będę wysłuchiwał wymówek. Proszę - raz jeszcze wykonał dłonią ten, moim zdaniem, zbyt kulturalny gest.
Nie odezwałam się słowem, a jedynie wskoczyłam do Jeepa, niczym obrażone dziecko.
Przez pierwsze kilka minut jechaliśmy w ciszy. O dziwo, nie było tak niezręcznie, jak to sobie wyobrażałam. W tle wybrzmiewał głos radiowca, który zachęcał słuchaczy do wzięcia udziału w konkursie esemesowym. Jego słowa nieco zagłuszał szum klimatyzacji.
Gdy szatyn zmieniał bieg, wzrok niekontrolowanie przeniosłam na jego dłoń. Czwarty palec zdobiła srebrna obrączka. Rzuciłam pytaniem, zanim zdążyłam się zastanowić.
- Jesteś żonaty? - spojrzeniem zmierzyłam jego twarz i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak nietaktowne były moje słowa.
- Czy naprawdę od tego chcesz zacząć naszą rozmowę?
Na jego twarzy pojawił się jeden z tajemniczych uśmiechów.
- Faktycznie. Może od razu przejdziemy do momentu, w którym obwiniasz mnie za nagłe zniknięcie? - zaoponowałam gwałtownie.
Na moment oboje zamilknęliśmy. Moja reakcja zszokowała nie tylko jego, ale i mnie. Początkowo na jego twarz wskoczył rumieniec, lecz obecność rumieńca szybko zastąpił ostrożny uśmiech.
- Tak, jestem żonaty - przyznał Dominik, udając, że nie usłyszał rzuconego przeze mnie, niefortunnego pytania.
Nawet nie starałam się kryć radości, jaką wzbudziło we mnie ominięcie tematu przeszłości. Widocznie się rozluźniłam, odwracając się w jego stronę, zaintrygowana.
- Zdradź jej imię - uniosłam jedną brew, koniecznie chcąc poznać tożsamość małżonki.
- Niby dlaczego? - prychnął, widocznie rozbawiony.
- Daj spokój. To tylko imię... - przewróciłam teatralnie oczami, zgrywając osobę niezainteresowaną jego życiem prywatnym.
- Zofia - rzucił w końcu, zapewne mając nadzieję, iż nie planuję drążenia tematu.
Musiał więc zdziwić się, gdy zaczęłam wymieniać.
- Zosia Dyńska, Nowicka... Łęczycka... znamy jakąś jeszcze? - zerknęłam w jego stronę, widocznie pochłonięta odszukiwaniem Zofii w pamięci.
- Już ją wymieniłaś - odpowiedział, zmieniając pas i udając, iż nasza rozmowa była zwykłą pogawędką.
- Zosia Łęczycka - podsumowałam.
Przytaknął.
I na tym zakończyliśmy.
Po chwili namysłu dotarło do mnie, że przystojny szatyn, dla którego jeszcze dwa lata wcześniej byłam całym światem... teraz odnalazł dla siebie inny świat.
- Gdzie cię podwieźć? - zagaił, gdy został zatrzymany przez czerwone światło.
- Sama już nie wiem... - westchnęłam, zamyślona.
Nie byłam pewna, czy faktycznie zmartwił mnie brak znajomości dokładnego adresu kancelarii, czy też aktualny stan cywilny byłego faceta. Błędnym wzrokiem mierzyłam samochody, które mknęły przez skrzyżowanie.
- Może wybierasz się do kancelarii Lipińskiego? Albo szukasz hotelu, bo na Hoserów lepiej się nie pojawiać? Chociaż czekaj... - zdecydował się na wymianę powietrza zaległego w płucach. Wręcz strzelał we mnie słowami. - Nie mieszkasz w Polsce, no nie? - miałam nadzieję, iż to pytanie było ostatnim w tej rundzie.
- Nie - odpowiedziałam chłodno.
Przygryzł wargę, przytakując kilkukrotnie.
- Gdzie zamieszkałaś? Dobrze ci się żyje? Masz kogoś? - wzrokiem mierzył jezdnię, gdy ja wręcz umierałam z nadmiaru wyrzuconych przez niego słów.
- Dominik? - zareagowałam w końcu.
Zerknął na moment w moją stronę, widocznie zainteresowany.
- Nie jesteśmy już przyjaciółmi. Mieszkam za granicą i to powinno ci wystarczyć - zachowałam spokój, całkowicie wierząc w prawdziwość swych słów.
Na początku wyglądał, jakby szykował się do dyskusji, lecz dzięki Bogu szybko dotarło do niego, iż mam całkowitą rację. Nasza miłość i przyjaźń były jedynie wspomnieniem.
Odezwałam się kilka minut później.
- Skąd wiesz o kancelarii Lipińskiego? - uniosłam jedną brew, nawet nie próbując kryć zaskoczenia.
Ha! Wiedziałam, że miejscówka Edwarda w swej nazwie kryła coś z lipą!
- Prosił o pilne spotkanie. Przyleciałem dziś z Austrii - odpowiedział obojętnie.
- Z Austrii? Mieszkasz w Austrii?
- Nie jesteśmy przyjaciółmi.
Zareagował oschle. Początkowe złudzenie przyjemnej atmosfery odeszło w niepamięć.
Wjechaliśmy na podziemny parking nowoczesnego budynku. Kierowca nie raczył poinformować mnie, gdzie się znajdowaliśmy. Obstawiałam, iż w biurowcu mogła znajdować się kancelaria Lipińskiego, ale pewności nie miałam.
W milczeniu opuściliśmy samochód. Dominik zamknął pojazd pilotem, a następnie powędrował w stronę windy. Poszłam za nim, nie mając zarówno odwagi jak i ochoty na zadawanie pytań. Wysiedliśmy na czwartym piętrze, gdzie jako pierwsze moim oczom ukazało się drewniane biurko. Nad jego blatem pochylała się szatynka, która na oko miała czterdzieści lat. Gdy usłyszała rozsuwające się drzwi windy, odwróciła się w naszą stronę, na twarz wprowadzając obowiązkowy uśmiech.
- Dzień dobry - przywitała nas, w tym samym czasie otwierając kalendarz. - Są państwo umówieni? - dodała, zerkając w notatki.
Dominik podszedł do biurka, a ja po prostu skopiowałam jego ruchy. Stanęłam obok.
- Edward Lipiński zaprosił nas na spotkanie. Aleksandra Sulewska i Dominik Wysocki - poinformował kobietę stanowczym głosem, uśmiechając się przy tym uprzejmie.
Ludzie w wieku naszych rodziców zwykli uważać Dominika za poukładanego, mądrego chłopca, który nie posiadał wad. Był dla nich chodzącym ideałem, gdyż potrafił dostosować się do rozmówcy. To dlatego szatynka znajdująca się za biurkiem przyglądała mu się z takim zachwytem.
- Ola Sulewska? - otworzyła szerzej oczy, przyglądając mi się dokładnie.
- Mhm... - przytaknęłam, widocznie się rumieniąc.
Sytuacja była tak niezręczna... Wszystkie sprawy związane ze śmiercią ojca i przyjazdem do Polski były dla mnie niesamowicie stresujące. Nie byłam w stanie nawet zapytać kobiety, dlaczego aż tak ciekawiła ją moja tożsamość.
- Zna pani Olę? - odezwał się Dominik, teoretycznie próbując uratować krępującą sytuację.
Nie był moim rodzicem. Mógł sobie darować.
- To nieważne - wtrąciłam szybko, mierząc towarzysza mroźnym spojrzeniem. - Gdzie mamy iść? - wzrok przeniosłam na sekretarkę, wyczekując odpowiedzi.
Kobieta zaprosiła nas do niewielkiego gabinetu. Drzwi otwierało się do wewnątrz, więc przy naszym wejściu nie obeszło się bez zahaczenia nimi o pana Edwarda. Akurat sięgał po dokumenty znajdujące się na regale. Nie minęła sekunda, a szatynka ujęła obiema dłońmi łokieć mężczyzny, widocznie przerażona.
- O matko! Przepraszam! - niemal krzyczała, zdezorientowana. - Bardzo boli? - przyglądała się dokładnie skwaszonej minie mężczyzny.
- Nic się nie stało. Będę żył... - zaśmiał się, próbując zakamuflować ból wypisany na twarzy.
Razem z Dominikiem staliśmy w progu, dokładnie przyglądając się sytuacji. Sekretarka nawet nie starała się być ostrożna przy otwieraniu drzwi. Na miejscu pana Edwarda skręcałabym się z bólu, dzwoniąc po karetkę...
- Ależ wyrosłaś... - zaczął Lipiński, przyglądając mi się z zachwytem.
Niekontrolowanie zmarszczyłam brwi.
Czy wszyscy w Polsce mnie znali, czy tylko mi się zdawało... ? Naprawdę chciałam mieć już za sobą tę przedziwną wycieczkę do Warszawy.
- Witam pana, Dominik Wysocki - mój towarzysz wysunął dłoń przed siebie, koniecznie chcąc wyjść na wychowanego chłopaka.
- A właśnie... - w końcu zdobyłam się na słowa. - Co tu robi Dominik? Myślałam, że nasze spotkanie dotyczy spadku zostawionego przez ojca... - przyglądnęłam się twarzy prawnika, niecierpliwie czekając na wyjaśnienia.
Starszy mężczyzna westchnął, wprowadzając na twarz tajemniczy uśmiech. W geście zaproszenia wskazał dłonią na fotele ustawione przy biurku.
- Usiądźcie, proszę. Za moment wszystko sobie wyjaśnimy.
Zerknęłam niepewnie na Wysockiego, który w sekundę po zakończeniu wypowiedzi przez Edwarda, ruszył w stronę fotela. Jeszcze przez chwilę stałam w progu, ręce pozostawiając założone na klatce piersiowej. Rozważałam, czy nie powinnam zrobić awantury, żądając natychmiastowych wyjaśnień, czy może odwrócić się i uciec. Postanowiłam jednak zamknąć drzwi i zająć miejsce obok byłego faceta. Nurtowało mnie, jakimi wiadomościami chciał podzielić się Lipiński.
- No to zaczynamy... - westchnął prawnik, z szuflady biurka wyciągając grubą, granatową teczkę.
Wzrokiem jeździłam między twarzami Dominika i Edwarda oraz plikiem dokumentów, który rozłożony został na blacie.
- Dominiku, wiesz dlaczego tu jesteś? - zapytał, zerkając na Wysockiego znad kartki zapełnionej czarnym drukiem.
Jego pytanie brzmiało komicznie. Czułam się jak w reality show lub teleturnieju. Z trudem powstrzymałam wybuch śmiechu.
- Nie mam pojęcia - przy odpowiedzi wzruszył ramionami, wprowadzając na twarz niepewny uśmiech.
- Nie przedłużajmy - westchnął, na widok mojej zniecierpliwionej miny. - Dawid zdecydował się podzielić swój majątek na waszą dwójkę.
- Co?! - wyrwałam się krzykiem.
Otworzyłam szeroko oczy, czując, jak moje serce przyspieszało z sekundy na sekundę.
Nie byłam skąpa. Nie zależało mi na pieniądzach ojca. Naprawdę. Wręcz byłabym szczęśliwa, gdyby okazało się, że wszystkie jego pieniądze, samochody i mieszkania przekazano organizacjom charytatywnym. Ciężko było mi jednak zaakceptować nazwisko Dominika wpisane w ten pieprzony testament.
- Chyba pan żartuje... - pokręcił głową Wysocki, nie będąc w stanie przetworzyć zaskakującej informacji.
Doskonale zdawał sobie sprawę, iż mój ojciec nie był biedakiem.
- Dom na Hoserów, mieszkanie w Sopocie, mieszkanie w Krakowie, klinika, cztery samochody i... trochę pieniędzy - wymienił Edward, spoglądając w kartkę. - Będziecie naprawdę majętnym małżeństwem - dodał z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Uniosłam jedną brew, przyglądając się dokładnie Lipińskiemu.
- Ślub też mamy wziąć? To też tam wpisał? - odpowiedziałam ironicznie.
- Nie - jego ton był radosny. - No ale kiedyś zapewne się zdecydujecie - przytaknął kilkukrotnie, jakby chcąc przekonać nas do małżeństwa.
- Zgadza się - uśmiechnęłam się sztucznie, szybko dodając. - Pomijając fakt, że nie rozmawiamy ze sobą odkąd wyjechałam z Polski, a Dominik jest już po ślubie z Zofią Łęczycką... - moją twarz wciąż rozpromieniał udawany uśmiech.
Nie mogłam doczekać się, aż ujrzę zaskoczoną minę Edwarda. Dałam mu kilkanaście sekund. Przetwarzał w głowie uzyskane informacje, głupiejąc.
- Czyli... Hmm - raz jeszcze przyglądnął się testamentowi. - Czy Dawid wiedział, że nie jesteście parą? - zmarszczył brwi, próbując znaleźć sensowne wytłumaczenie.
- Oczywiście - prychnęłam, oburzona.
No dobrze, a co... jeśli nie wiedział? Jeśli myślał, że wyjechałam do Anglii z Dominikiem? Jeśli zapisał majątek naszej dwójce, abyśmy mogli kupić piękny dom i założyć rodzinę? Byłoby to fatalnym nieporozumieniem...
- Wrócimy do tego za moment - pokręcił przecząco głową, odkładając kartkę na bok. Splótł dłonie na blacie, patrząc mi prosto w oczy. - Czy Dawid rozmawiał z Tobą o Agnieszce?
Powoli wprowadziłam na twarz uśmiech, całkowicie pogubiona w swoich myślach. Czy to nie ten moment w którym powinnam była się obudzić i głośno śmiać z niedorzecznego snu?
- O Agnieszce? No proszę! Zaskocz mnie czymś jeszcze! - roześmiałam się, zdezorientowana. - To jego nowa dziewczyna? Może żona? A może to imię psa? - uniosłam brwi, czekając na odpowiedź.
Edward poprosił Dominika, aby na chwilę zostawił nas samych. To wtedy zorientowałam się, iż sprawa była delikatna. Mina prawnika wyjątkowo spoważniała, gdy intensywnie myślał nad tym, co powinien powiedzieć.
- Byłem bardzo bliskim przyjacielem twojego ojca, Olu - zaczął, widocznie się stresując. - Chcę porozmawiać o losie Agnieszki nie ze względu na to, że jestem prawnikiem, a Dawid zawarł coś w papierach. Chcę porozmawiać o niej jako przyjaciel twojego taty.
Siedziałam nieruchomo, nie mając pojęcia, czego powinnam się spodziewać. Nawet nie stworzyłam w myślach przypuszczalnego scenariusza. Jedynie wyczekiwałam niecierpliwie, aż mężczyzna wszystko mi wyjaśni.
- Dobrze - przytaknęłam, po czym przełknęłam głośno ślinę.
Stresowałam się jak diabli.
- Ponad pół roku temu Dawidowi trafiła się pacjentka w podeszłym wieku. Była jedną z tych, których nie było już sensu leczyć. Kobieta po prostu czekała na śmierć. Nowotwór przejął całkowitą kontrolę nad jej ciałem - mężczyzna zatrzymał się, jakby myśląc nad ciągiem dalszym historii.
- Niech zgadnę - wtrąciłam, z zainteresowaniem przygryzając wargę. - Zaprzyjaźniła się z moim ojcem, stał się cud i kobieta wciąż żyje, a to mój ojciec umarł? I oczywiście ma na imię Agnieszka, hm? - uniosłam jedną brew, czując się jak Sherlock po zakończonym śledztwie.
Edward uśmiechnął się delikatnie, kręcąc przecząco głową.
- Gdyby to było takie proste... - westchnął, wciąż rozpromieniając twarz cieniem uśmiechu. - Niestety Pani Marta zmarła kilka tygodni po trafieniu do szpitala. W związku ze śmiercią pacjentki, jej wnuczka, którą pacjentka się opiekowała, trafić powinna do domu dziecka. Nie trafiła tam jednak, gdyż...
- O nie... - moja mina całkowicie zrzedła, gdy ciało bezwładnie opadło na fotel. - Ojciec zaadoptował Agnieszkę?
Lipiński wzruszył ramionami, wzdychając bezradnie.
- Tym razem masz rację.
Czując, jak pocą mi się dłonie, przetarłam je o spodnie. Moje życie było jakimś nieporozumieniem. Jeszcze nigdy nie miałam aż tylu problemów w jednym czasie. Trasa Eda, sekretny wyjazd do Polski, śmierć ojca, podział spadku, spotkanie z Dominikiem, moja adoptowana siostra i pocałunek z Tomem. O tak, dokładnie, gdzieś z tyłu głowy nie przestawałam myśleć o pocałunku z Tomem.
- Dowal czymś jeszcze - niemal krzyknęłam. - No dawaj! Może ojciec ma długi na grube miliony?! A może moja matka wyszła z więzienia i mnie szuka?! - uniosłam obie brwi, nie panując nad swoim zachowaniem.
- Olu... - mężczyzna przyglądnął mi się z wyraźnym współczuciem w oczach. - Wiem, że jest ci ciężko, ale...
- Nie jest mi ciężko - wzruszyłam obojętnie ramionami. - Ja po prostu nie mam pojęcia, co robić. Zaakceptować przejęcie połowy spadku przez Dominika i żyć spokojnie z myślą, że ta szmata Zosia Łęczycka kupuje sobie samochód za pieniądze mojego ojca? Zostawić adoptowaną siostrę w domu dziecka i męczyć się z wyrzutami sumienia? Zadzwonić do Eda i powiedzieć, że cholernie podoba mi się Tom i nic z tym nie zrobię?
Po zadaniu ostatniego pytania, mentalnie przywaliłam sobie w twarz. Czy ja naprawdę chciałam przeprowadzić z prawnikiem ojca przyjacielską rozmowę? Chyba zwariowałam.
- Musisz podjąć kilka bardzo ważnych decyzji. Wiem tylko, że najlepiej będzie, jeśli zadecydujesz sama.
- Zadzwonię jutro - mruknęłam, wstając z fotela i kierując się w stronę wyjścia.
Resztę dnia spędziłam w hotelowym pokoju. Przebrałam się w piżamę, dużo jadłam, oglądałam dziwne programy telewizyjne. Udało mi się przeprowadzić kilka myślowych debat, w których to naprzemiennie opozycja i propozycja przedstawiały swoje argumenty. Znalazło się kilka, które mogłyby przekonać mnie do adopcji, gdy w tym samym czasie tysiące innych całkowicie odradzały mi wprowadzenie do swojego życia dziecka. Zdecydowana większość głosów w głowie wyjaśniła, iż na sprawę z podziałem majątku nie mam wpływu. Oczywiście analizowałam użycie karalnych gróźb, które skłoniłyby mojego byłego faceta do zrzeczenia się spadku, ale jednak resztki człowieczeństwa odwiodły mnie od tego pomysłu.
Obudziłam się dość wcześnie, wzięłam prysznic, założyłam schludne ubrania i zadzwoniłam do Niny.
- Halo? - przywitał mnie jej cichy, zaspany głos.
- Hej - zaczesałam nerwowo włosy, chodząc w koło po dywanie. - Wciąż jestem w Polsce. Jednak wrócę dziś wieczorem.
- No... - na moment zamilkła. - A powiedziałaś już Edowi o swoim wyjeździe?
Dlaczego zadała to pytanie?! Czy chciała mnie bardziej zestresować?! Doskonale wiedziała, że nie powiedziałam. I nie miałam zamiaru. I czułam się z tym naprawdę źle.
- Nie, Nino. Nie musi o tym wiedzieć. Wracam za kilkanaście godzin - przewróciłam teatralnie oczami. - Muszę kończyć. Trzymaj się!
- Ola! - przebiła się Nesbitt, zanim zdążyłam się rozłączyć.
- Co się dzieje? - zmarszczyłam brwi, zaniepokojona.
- Pamiętaj, że Ed jutro wylatuje. Lepiej, żebyś się z nim nie minęła...
- Mówiłam już, że wracam dzisiaj wieczorem. Na sto procent - odpowiedziałam jej stanowczo.
Całkowicie straciłam rachubę czasu. Zapomniałam o tym, że Ed leci w trasę już następnego dnia... Postanowiłam jednak, że zamiast myśleć nad swoim beznadziejnym położeniem, załatwię wszystkie sprawy w kilkanaście godzin i wrócę do Londynu.
Zdeterminowana opuściłam hotelowy pokój, a następnie taksówką udałam się na wcześniej umówione spotkanie z Edwardem Lipińskim.
Usiedliśmy w jednej z kawiarni, w okolicy domu rodziny zastępczej, gdzie od niedawna mieszkała Agnieszka.
- Boję się, że zmięknie mi serce, gdy ją zobaczę... - spojrzałam niepewnie na mężczyznę, znów przekraczając granice.
Znałam tego gościa od jednego dnia. Dlaczego traktowałam go jak przyjaciela?
W odpowiedzi Lipiński roześmiał się, kręcąc przecząco głową.
- Wątpię. Nie jest jedną z tych małych, słodkich dziewczynek.
- Ma pięć lat. Musi być słodka - zmarszczyłam brwi, wiedząc, że mam rację.
Edward otworzył szerzej oczy, jakby samą mimiką chciał pokazać mi, iż bardzo się mylę.
- Za pół godziny zmienisz zdanie. Zobaczysz, jaka jest... słodka - pokręcił kilkukrotnie głową, podnosząc się z miejsca.
Kilka minut później spacerowaliśmy w kierunku miejsca, gdzie miałam spotkać się z dziewczynką. Nie byłam zdenerwowana. Byłam wręcz podekscytowana. Chciałam już zobaczyć małą i dowiedzieć się, kim była moja siostra.
Weszliśmy do starej kamienicy, a następnie wspięliśmy się po schodach na drugie piętro. W drzwiach przywitała nas uśmiechnięta szeroko kobieta, która z radością zaprosiła nas do salonu. Usiedliśmy na miękkim tapczanie pokrytym fioletowym kocem, gdy właścicielka mieszkania poszła do kuchni. Przed nami znajdował się niski stolik kawowy, którego rogi ubite były w spektakularny sposób. Wyglądał, jakby przetrwał obie wojny. Całe pomieszczenie urządzone było dość oryginalnie. Nie miałam pojęcia, jakim cudem w jednym pokoju dziennym udało się zmieścić aż trzy meblościanki...
Moim przemyśleniom przerwał głos gospodyni, która ustawiała na stoliku paterę z pokrojonym sernikiem.
- Przyprowadzić już Agnieszkę, czy dać państwu jeszcze chwilę? - zapytała, atakując nas przerażającym uśmiechem.
- Może ją pani przyprowadzić - odpowiedziałam półgłosem, mierząc podejrzliwym wzrokiem ciasto.
Ostatnim, na co miałam ochotę, było wpieprzanie sernika...
- Pozwól, że ucieknę do kuchni i zostawię was same... - prawnik posłał mi miły uśmiech, po czym zniknął gdzieś za drzwiami salonu.
Raz jeszcze spojrzałam na fioletowy koc, jedną z meblościanek, puszysty sernik...
- Agnieszko, oto Ola - usłyszałam irytujący głos gospodyni.
W progu, obok kobiety, stanęła drobna blondynka. Była naprawdę chuda, a przy tym niska. Jej włosy nie sięgały nawet podbródka. Ścięte były równo, jak od linijki. Tak samo z resztą grzywka, która kończyła się na wysokości brwi. Przyglądała mi się granatowymi tęczówkami, całkowicie obojętnym wzrokiem.
- Wyjdź, Dario. Muszę z nią porozmawiać - odezwała się dziewczynka.
Na jej słowa zmarszczyłam brwi, omal nie wybuchając śmiechem. Pięciolatka wyglądała komicznie, gdy mówiła tonem osoby dorosłej.
Gospodyni posłusznie odeszła, a dziecko zamknęło drzwi salonu. Podeszła do stolika kawowego, spod którego wysunęła pufę, a następnie usiadła na niej, tuż naprzeciw mnie. Mierzyła mnie mroźnym spojrzeniem, nie okazując żadnych oznak radości.
- Jesteś córką Dawida, matka zrobiła ci coś złego i siedzi w więzieniu, wyjechałaś z Polski - powiedziała na jednym wdechu, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Miałam potwierdzić? Czekać na ciąg dalszy? Nie odzywałam się, mierząc ją tępym spojrzeniem. Była ciekawa.
- Tyle o tobie wiem. Powiedz coś jeszcze - wzruszyła obojętnie ramionami, wyczekując mojej odpowiedzi.
- Ja nie wiem o tobie nic. Ty zaczynasz - wyrzuciłam z siebie automatycznie, zapominając, że rozmawiam z pięciolatką.
- Nie znam moich rodziców, mieszkałam z babcią. Babcia umarła, więc wziął mnie twój ojciec. Twój ojciec też umarł, więc... - rękoma wykonała ruch, który wskazać miał na nasze najbliższe otoczenie. - Utknęłam tutaj.
I znów zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem.
- Gdzie mieszkasz? - poruszała jedynie ustami, gdy reszta jej ciała zastygła w bezruchu.
- W Londynie - odpowiedziałam jej szybko, nie będąc w stanie myśleć.
Byłam przekonana, że to moje życie było do bani. Nagle uświadomiłam sobie, iż wcale nie było tak źle...
- Jesteś znajomą Eda Sheerana?
- Co?! - zareagowałam, wyrwana z zamyślenia. - Skąd to pytanie?
- Nieważne. Jesteś za stara, żeby wiedzieć o co chodzi... - westchnęła, zawiedziona.
Wciąż jednak zachowywała swoją poważną postawę.
- Czyżby? - przyglądnęłam się dokładnie jej twarzy, zainteresowana. - Wytłumacz mi więc.
Chciałam nieco przełamać jej ciężki charakter.
- No dobrze. Ed Sheeran jest kolegą Taylor Swift, a Taylor Swift jest... moim światem - jej twarzy nie opuszczała grobowa powaga.
- Za kilka dni Ed i Taylor jadą w trasę po Ameryce - napomknęłam, dokładnie obserwując jej minę.
Kąciki jej ust delikatnie drgnęły. Mimo tego, że blondynka starała się opanować, jej brwi wysoko się podniosły. Otworzyła szeroko ciemne oczy, z trudem powstrzymując wargi przed uchyleniem. Była w szoku.
- Mówisz po angielsku? Choć trochę? - przygryzłam dolną wargę, nie wierząc w to, co planowałam zrobić.
- Mówię. Trochę - przyglądała się dokładnie mojej twarzy, jakby chciała rozszyfrować coś z mej mimiki.
- Chcesz mieszkać tutaj i od święta jeść sernik, czy mieszkać w Londynie i iść na koncert Taylor? - starałam się być poważna, jak ona.
- W Londynie i iść na koncert Taylor - odpowiedziała stanowczo, po czym przełknęła głośno ślinę.
Przytaknęłam, z trudem utrzymując z nią kontakt wzrokowy. Czy ja właśnie zdecydowałam się na adopcję dziecka? Ja? Matko... Ledwo radziłam sobie z opieką nad samą sobą, a teraz niby miałabym kierować życiem pięciolatki. Super.
- Nie wiem, ile czasu zajmuje proces adopcji, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć ci, kiedy dokładnie wylecimy z Polski... - dłoń ułożyłam na czole, uświadamiając sobie, co właśnie zrobiłam.
Zdecydowałam, że zostanę matką dziecka, które znam od dziesięciu minut. Świetna decyzja. Godna poważnej, dorosłej kobiety.
- Dlaczego chcesz mnie adoptować? - pytaniem przykuła moją uwagę.
Odpowiedziałam błyskawicznie, jakby powód był oczywisty.
- Bo wiesz, kim jest Ed Sheeran.
Zauważyłam, że uniosła kącik ust. Tyle mi wystarczyło, żeby wiedzieć, iż podjęłam dobrą decyzję.
Spodziewałam się kilku tygodni walki o opiekę nad Agnieszką. Byłam w stanie znaleźć miliony powodów, które czyniłyby ze mnie beznadziejnego prawnego opiekuna. To pięciolatka mogłaby zostać moją matką, nie odwrotnie.
Odwróciłam głowę w prawo, przyglądając się drobnej blondyneczce, która z zainteresowaniem podnosiła się z miejsca, chcąc wyjrzeć przez niewielkie, samolotowe okno. Mimo tego, że była niesamowicie podekscytowana, próbowała jak najlepiej kamuflować emocje.
Dzień po naszym pierwszym spotkaniu, o godzinie szóstej rano, czekałyśmy na start samolotu. Ojciec jeszcze przed śmiercią podpisał kilka dokumentów i załatwił jakieś papiery, które umożliwiały mi szybkie przejęcie opieki nad dziewczynką. Byłam w szoku, gdy okazało się, iż szybkie przejęcie opieki oznacza natychmiastowe zabranie ze sobą dziecka z rodziny zastępczej. Mała była za to w szoku, gdy dowiedziała się, iż do Londynu lecimy z samego rana dnia następnego.
Z torebki wyciągnęłam telefon, po czym przez kilka minut zaciskałam go w dłoni.
Poprzedniego dnia odrzuciłam każde połączenie od Eda. Czułam się z tym okropnie, ale naprawdę nie mogłam z nim rozmawiać, gdy adoptowałam dziecko...
- Cześć - zaczęłam trzęsącym głosem, opuszczając głowę. - Przepraszam, że dopiero...
- Co jest z tobą? - przerwał mi ochrypłym głosem.
Przygryzłam wargę, nie mając pojęcia, co powinnam powiedzieć.
- Dzwoniłem cały dzień, chciałem się spotkać i pożegnać. Dlaczego nie odbierałaś? O co chodzi? - dopowiedział, a w jego głosie słyszałam zarówno zawód, jak i zdenerwowanie.
- Bo... Jestem teraz... - dukałam.
- Za godzinę wylatuję. Mam pożegnać się przez telefon, czy całkowicie omijamy tę część z pożegnaniem? - zapytał z wyrzutem, nie kryjąc złości.
- Zaczekaj, aż wrócę! Proszę! - krzyknęłam, panikując.
Dlaczego dopiero teraz dowiadywałam się, iż opuszcza Europę z samego rana?!
- Aż wrócisz? Skąd wrócisz?
- Jestem... po prostu zaczekaj... zaczekaj, aż wrócę - mówiłam niemal szeptem, mając nadzieję, że Ed zechce mnie posłuchać.
- Nie mogę czekać, Olka. I co więcej... - zatrzymał się na moment. - Chyba nawet nie chcę czekać.
Przestałam oddychać. Uchyliłam wargi, mierząc martwym wzrokiem jeden punkt i zbyt często mrugając. Byłam w szoku.
Na moment spojrzałam w oczy małej dziewczynce, zajmującej miejsce obok.
Miałam zostać dla niej autorytetem. Nie powinnam bawić się w dramatyczne związki, płacz, krótkie rozstania, które i tak kończyłyby się wielkim powrotem... Musiałam z tego wyrosnąć.
- Nie czekaj. To koniec - rozłączyłam się, nie chcąc dać sobie chwili na zmianę zdania.
Po odłożeniu telefonu do torebki, przyglądnęłam się pięciolatce. Powoli rozłożyłam ramiona, chcąc ją objąć. Bacznie obserwowała moje zachowanie. Uniosła jedną brew, widocznie zniesmaczona.
- Nie przytulaj mnie. Nie lubię tego - oznajmiła chłodno.
- Nie chcę cię przytulić. Chcę, żebyś to ty przytuliła mnie - odpowiedziałam jej łamiącym głosem, czując, jak po moich policzkach zaczęły cieknąć krople łez.
Dziewczynka przyglądnęła się dokładnie mojej marnej twarzy. Nie minęła sekunda, a swoimi kruchymi rękoma oplotła mnie w pasie. Zacisnęła tak mocno, że z trudem łapałam oddech. Byłam jej za to naprawdę wdzięczna.
Miałam jeszcze resztki nadziei, że zapisałam adres kancelarii podyktowany mi przez pana Edwarda - prawnika ojca.
- A byłaby pani na tyle łaskawa, by podać jeden adres? - wtrącił z przekąsem taksówkarz, nerwowo bijąc palcami w skórzaną kierownicę samochodu.
Czułam, jak ze stresu zaczął zalewać mnie zimny pot.
Samolot wylądował na warszawskim lotnisku niespełna pół godziny wcześniej. Jeszcze siedząc w fotelu Boeinga wszystko wydawało się takie proste. Miałam w planach szybko pojechać do kancelarii, podpisać jakieś dokumenty, sprawnie przeprowadzić rozmowę dotyczącą pogrzebu i wracać do Anglii. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy komplikacje zaczęły atakować mnie już w taksówce.
- Proszę szybciej! Nie mam całego dnia! - wybuchnął starszy mężczyzna, gdy ja głęboko wewnątrz panicznie płakałam.
Przysięgam, że kancelaria mieściła się przy ulicy, która w nazwie miała coś z lipą.
- Ulica Hoserów - oznajmiałam kierowcy, zrezygnowana.
Dom rodzinny był ostatnim miejscem, w którym chciałabym się znaleźć. Był też jednym z niewielu miejsc, których adresy wykute były w mej pamięci.
- Tak długo musiała pani myśleć... ? - dodał z przekąsem taksówkarz, wpisując adres na ekranie telefonu.
W kilka sekund później, zanim pod wpływem nerwów zdążyłam mu odpyskować, ruszył z piskiem opon.
Starszy mężczyzna pędził drogą ekspresową swym kilkunastoletnim Oplem. W pojeździe było naprawdę duszno, już pomijając wszechobecny, mdły zapach wanilii. Niestety gdy tylko uchyliłam szybę na kilka centymetrów, kierowca, delikatnie mówiąc, zwrócił mi uwagę. Musiałam więc zaakceptować niezbyt komfortowe warunki i w myślach usiłować przekonać samą siebie, że przyjazd do Polski był świetnym pomysłem.
Aby jakkolwiek umilić sobie podróż, wsunęłam do uszu słuchawki. Odtworzyłam pierwszą lepszą playlistę, obserwując widoki malujące się za szkłem. Pola pokryte cienką warstwą śniegu, która powoli topiła się pod wpływem ostrych promieni słonecznych, pnie drzew, które dzieliły nienaturalnie równe odległości... Delektowałam się polskim krajobrazem. Mimo tego, iż z ojczystym krajem łączyły mnie nienajlepsze wspomnienia - na kilka minut skupiłam się wyłącznie na jego pięknie.
- Idioto! - z momentu zadumy wyrwał mnie krzyk, który był na tyle głośny, że przebił się przez muzykę wypływającą z słuchawek.
Jednym ruchem dłoni odetkałam uszy, ciągnąc za biały kabel. Piosenkę zastąpił mi pisk opon, a następnie huk i niekontrolowane wyrwanie ciała w przód.
Otworzyłam szeroko oczy, przyglądając się czerwonej od złości twarzy taryfiarza. Strzelał wiązanką przekleństw, uderzając dłońmi w kierownicę. Co jakiś czas przypadkowo uruchamiał tym sposobem dźwięk klaksonu.
Swoje zdezorientowane spojrzenie przeniosłam na czarnego Jeepa, którego zderzak nie był w najlepszym stanie. Choć wciąż w stanie lepszym niż przednia lampa starego Opla, której część znalazła się aż kilka metrów przed maską samochodu.
- Czy pan właśnie... - przełknęłam głośno ślinę, z niedowierzaniem otwierając szeroko oczy. - Czy pan właśnie wjechał w samochód znajdujący się przed nami... ?
Uniosłam jedną brew, nie kryjąc zdumienia. Mój przyjazd do Polski zdecydowanie nie był dobrym pomysłem. Wszechświat dał mi już wystarczająco dużo znaków.
- Czy pani naprawdę jest aż tak głupia, czy tylko udaje? - na jego odpowiedź nie czekałam długo.
Tym razem nie zignorowałam słów krytyki. Jeśli w ogóle ów słowa podchodziły pod krytykę.
- Mam nadzieję, że dwadzieścia funtów wystarczy... - czując, jak moje tętno przyspiesza pod wpływem nerwów, wsunęłam dłoń w kieszeń spodni.
Wyciągnęłam z niej kilka zwiniętych banknotów, z których jeden wrzuciłam na przednie siedzenie. Kierowa obdarzył mnie chłodnym spojrzeniem, gdy chwyciłam za klamkę w celu wydostania się z pojazdu.
Odległość dzielącą taryfę i Jeepa nazwać można było centymetrami. A może nawet milimetrami... ?Stojąc na uboczu przyglądałam się dokładnie obu pojazdom, porównując szkody. W zasadzie nie było czego porównywać, gdyż po stłuczce ucierpiało głownie auto taksówkarza. Świadom tego był nawet kierowca drugiego samochodu, który już z niego wysiadł i jak gdyby nigdy nic odpalił papierosa, opierając się biodrem o maskę. Nie widziałam jego twarzy, gdyż z mej perspektywy mogłam obserwować jedynie jego plecy. Po posturze stwierdziłam, iż był młodym mężczyzną.
Z momentu zadumy wyrwał go dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie był to jego telefon.
- Ed? - zaczęłam, wzrokiem mierząc już nie młodego faceta, a znajdujące się obok drogi pole.
- Któż by inny - byłam w stanie usłyszeć, że mówiąc, na jego twarzy królował uśmiech. - Spotkamy się za jakieś dwie godziny? - dodał szybko i entuzjastycznie.
- Dzisiaj mam dość napięty grafik... - odpowiedziałam, czując, jak z nerwów moją twarz pokryły gorące rumieńce. - Może jutro?
- Jutro... - powtórzył, intensywnie myśląc. - Raczej tak. Coś wykombinuję.
- W takim razie... do jutra - wymusiłam uśmiech.
- Nie możesz rozmawiać? - w jego głosie wyczułam zawód.
- Teraz nie. Odezwę się później. Na razie! - pożegnałam się dość szybko, czując, iż kilkanaście centymetrów za mną ktoś się czai.
- Zna pani tego gościa? - zaczął szatyn, widząc, iż już odwracam się twarzą w jego stronę. Dłonią wskazał na taksówkarza.
Na mój widok chwilowo zastygł, jakby zakrztusił się cukierkiem. Po kilku sekundach przełknął ślinę, starając się opanować.
- Nie. Jestem tylko pasażerem - odpowiedziałam po chwili, zbyt często mrugając powiekami i przygryzając nerwowo wargę. Moje tętno przyspieszyło.
Taryfiarz w końcu zdecydował się na opuszczenie Opla i załatwienie sprawy w sposób godny dorosłego człowieka. Młody kierowca poprosił go o wypełnienie odpowiednich dokumentów, sam również złożył podpis na kilku kartkach. Nie minął kwadrans, a dwójka bez zbędnych kłótni gotowa była opuścić miejsce kolizji. Problem tkwił jedynie w tym, iż nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić. Pogodzić się z taksówkarzem? Łapać stopa? Szukać przystanku komunikacji miejskiej, jakby zapominając o fakcie, że znajdowałam się na ekspresówce?
- Podrzucę panią do centrum - zaoferował szatyn, obojętnie podchodząc do drzwi od strony miejsca pasażera.
Otworzył je, po czym zaprosił mnie do środka ruchem dłoni. Na moment zamarłam, głęboko oddychając.
- Dziękuję, ale... - wydusiłam z siebie.
Ale? Nie miałam wyjścia. Krótka przejażdżka we dwoje była jedyną rozsądną opcją.
- Nie będę wysłuchiwał wymówek. Proszę - raz jeszcze wykonał dłonią ten, moim zdaniem, zbyt kulturalny gest.
Nie odezwałam się słowem, a jedynie wskoczyłam do Jeepa, niczym obrażone dziecko.
Przez pierwsze kilka minut jechaliśmy w ciszy. O dziwo, nie było tak niezręcznie, jak to sobie wyobrażałam. W tle wybrzmiewał głos radiowca, który zachęcał słuchaczy do wzięcia udziału w konkursie esemesowym. Jego słowa nieco zagłuszał szum klimatyzacji.
Gdy szatyn zmieniał bieg, wzrok niekontrolowanie przeniosłam na jego dłoń. Czwarty palec zdobiła srebrna obrączka. Rzuciłam pytaniem, zanim zdążyłam się zastanowić.
- Jesteś żonaty? - spojrzeniem zmierzyłam jego twarz i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak nietaktowne były moje słowa.
- Czy naprawdę od tego chcesz zacząć naszą rozmowę?
Na jego twarzy pojawił się jeden z tajemniczych uśmiechów.
- Faktycznie. Może od razu przejdziemy do momentu, w którym obwiniasz mnie za nagłe zniknięcie? - zaoponowałam gwałtownie.
Na moment oboje zamilknęliśmy. Moja reakcja zszokowała nie tylko jego, ale i mnie. Początkowo na jego twarz wskoczył rumieniec, lecz obecność rumieńca szybko zastąpił ostrożny uśmiech.
- Tak, jestem żonaty - przyznał Dominik, udając, że nie usłyszał rzuconego przeze mnie, niefortunnego pytania.
Nawet nie starałam się kryć radości, jaką wzbudziło we mnie ominięcie tematu przeszłości. Widocznie się rozluźniłam, odwracając się w jego stronę, zaintrygowana.
- Zdradź jej imię - uniosłam jedną brew, koniecznie chcąc poznać tożsamość małżonki.
- Niby dlaczego? - prychnął, widocznie rozbawiony.
- Daj spokój. To tylko imię... - przewróciłam teatralnie oczami, zgrywając osobę niezainteresowaną jego życiem prywatnym.
- Zofia - rzucił w końcu, zapewne mając nadzieję, iż nie planuję drążenia tematu.
Musiał więc zdziwić się, gdy zaczęłam wymieniać.
- Zosia Dyńska, Nowicka... Łęczycka... znamy jakąś jeszcze? - zerknęłam w jego stronę, widocznie pochłonięta odszukiwaniem Zofii w pamięci.
- Już ją wymieniłaś - odpowiedział, zmieniając pas i udając, iż nasza rozmowa była zwykłą pogawędką.
- Zosia Łęczycka - podsumowałam.
Przytaknął.
I na tym zakończyliśmy.
Po chwili namysłu dotarło do mnie, że przystojny szatyn, dla którego jeszcze dwa lata wcześniej byłam całym światem... teraz odnalazł dla siebie inny świat.
- Gdzie cię podwieźć? - zagaił, gdy został zatrzymany przez czerwone światło.
- Sama już nie wiem... - westchnęłam, zamyślona.
Nie byłam pewna, czy faktycznie zmartwił mnie brak znajomości dokładnego adresu kancelarii, czy też aktualny stan cywilny byłego faceta. Błędnym wzrokiem mierzyłam samochody, które mknęły przez skrzyżowanie.
- Może wybierasz się do kancelarii Lipińskiego? Albo szukasz hotelu, bo na Hoserów lepiej się nie pojawiać? Chociaż czekaj... - zdecydował się na wymianę powietrza zaległego w płucach. Wręcz strzelał we mnie słowami. - Nie mieszkasz w Polsce, no nie? - miałam nadzieję, iż to pytanie było ostatnim w tej rundzie.
- Nie - odpowiedziałam chłodno.
Przygryzł wargę, przytakując kilkukrotnie.
- Gdzie zamieszkałaś? Dobrze ci się żyje? Masz kogoś? - wzrokiem mierzył jezdnię, gdy ja wręcz umierałam z nadmiaru wyrzuconych przez niego słów.
- Dominik? - zareagowałam w końcu.
Zerknął na moment w moją stronę, widocznie zainteresowany.
- Nie jesteśmy już przyjaciółmi. Mieszkam za granicą i to powinno ci wystarczyć - zachowałam spokój, całkowicie wierząc w prawdziwość swych słów.
Na początku wyglądał, jakby szykował się do dyskusji, lecz dzięki Bogu szybko dotarło do niego, iż mam całkowitą rację. Nasza miłość i przyjaźń były jedynie wspomnieniem.
Odezwałam się kilka minut później.
- Skąd wiesz o kancelarii Lipińskiego? - uniosłam jedną brew, nawet nie próbując kryć zaskoczenia.
Ha! Wiedziałam, że miejscówka Edwarda w swej nazwie kryła coś z lipą!
- Prosił o pilne spotkanie. Przyleciałem dziś z Austrii - odpowiedział obojętnie.
- Z Austrii? Mieszkasz w Austrii?
- Nie jesteśmy przyjaciółmi.
Zareagował oschle. Początkowe złudzenie przyjemnej atmosfery odeszło w niepamięć.
Wjechaliśmy na podziemny parking nowoczesnego budynku. Kierowca nie raczył poinformować mnie, gdzie się znajdowaliśmy. Obstawiałam, iż w biurowcu mogła znajdować się kancelaria Lipińskiego, ale pewności nie miałam.
W milczeniu opuściliśmy samochód. Dominik zamknął pojazd pilotem, a następnie powędrował w stronę windy. Poszłam za nim, nie mając zarówno odwagi jak i ochoty na zadawanie pytań. Wysiedliśmy na czwartym piętrze, gdzie jako pierwsze moim oczom ukazało się drewniane biurko. Nad jego blatem pochylała się szatynka, która na oko miała czterdzieści lat. Gdy usłyszała rozsuwające się drzwi windy, odwróciła się w naszą stronę, na twarz wprowadzając obowiązkowy uśmiech.
- Dzień dobry - przywitała nas, w tym samym czasie otwierając kalendarz. - Są państwo umówieni? - dodała, zerkając w notatki.
Dominik podszedł do biurka, a ja po prostu skopiowałam jego ruchy. Stanęłam obok.
- Edward Lipiński zaprosił nas na spotkanie. Aleksandra Sulewska i Dominik Wysocki - poinformował kobietę stanowczym głosem, uśmiechając się przy tym uprzejmie.
Ludzie w wieku naszych rodziców zwykli uważać Dominika za poukładanego, mądrego chłopca, który nie posiadał wad. Był dla nich chodzącym ideałem, gdyż potrafił dostosować się do rozmówcy. To dlatego szatynka znajdująca się za biurkiem przyglądała mu się z takim zachwytem.
- Ola Sulewska? - otworzyła szerzej oczy, przyglądając mi się dokładnie.
- Mhm... - przytaknęłam, widocznie się rumieniąc.
Sytuacja była tak niezręczna... Wszystkie sprawy związane ze śmiercią ojca i przyjazdem do Polski były dla mnie niesamowicie stresujące. Nie byłam w stanie nawet zapytać kobiety, dlaczego aż tak ciekawiła ją moja tożsamość.
- Zna pani Olę? - odezwał się Dominik, teoretycznie próbując uratować krępującą sytuację.
Nie był moim rodzicem. Mógł sobie darować.
- To nieważne - wtrąciłam szybko, mierząc towarzysza mroźnym spojrzeniem. - Gdzie mamy iść? - wzrok przeniosłam na sekretarkę, wyczekując odpowiedzi.
Kobieta zaprosiła nas do niewielkiego gabinetu. Drzwi otwierało się do wewnątrz, więc przy naszym wejściu nie obeszło się bez zahaczenia nimi o pana Edwarda. Akurat sięgał po dokumenty znajdujące się na regale. Nie minęła sekunda, a szatynka ujęła obiema dłońmi łokieć mężczyzny, widocznie przerażona.
- O matko! Przepraszam! - niemal krzyczała, zdezorientowana. - Bardzo boli? - przyglądała się dokładnie skwaszonej minie mężczyzny.
- Nic się nie stało. Będę żył... - zaśmiał się, próbując zakamuflować ból wypisany na twarzy.
Razem z Dominikiem staliśmy w progu, dokładnie przyglądając się sytuacji. Sekretarka nawet nie starała się być ostrożna przy otwieraniu drzwi. Na miejscu pana Edwarda skręcałabym się z bólu, dzwoniąc po karetkę...
- Ależ wyrosłaś... - zaczął Lipiński, przyglądając mi się z zachwytem.
Niekontrolowanie zmarszczyłam brwi.
Czy wszyscy w Polsce mnie znali, czy tylko mi się zdawało... ? Naprawdę chciałam mieć już za sobą tę przedziwną wycieczkę do Warszawy.
- Witam pana, Dominik Wysocki - mój towarzysz wysunął dłoń przed siebie, koniecznie chcąc wyjść na wychowanego chłopaka.
- A właśnie... - w końcu zdobyłam się na słowa. - Co tu robi Dominik? Myślałam, że nasze spotkanie dotyczy spadku zostawionego przez ojca... - przyglądnęłam się twarzy prawnika, niecierpliwie czekając na wyjaśnienia.
Starszy mężczyzna westchnął, wprowadzając na twarz tajemniczy uśmiech. W geście zaproszenia wskazał dłonią na fotele ustawione przy biurku.
- Usiądźcie, proszę. Za moment wszystko sobie wyjaśnimy.
Zerknęłam niepewnie na Wysockiego, który w sekundę po zakończeniu wypowiedzi przez Edwarda, ruszył w stronę fotela. Jeszcze przez chwilę stałam w progu, ręce pozostawiając założone na klatce piersiowej. Rozważałam, czy nie powinnam zrobić awantury, żądając natychmiastowych wyjaśnień, czy może odwrócić się i uciec. Postanowiłam jednak zamknąć drzwi i zająć miejsce obok byłego faceta. Nurtowało mnie, jakimi wiadomościami chciał podzielić się Lipiński.
- No to zaczynamy... - westchnął prawnik, z szuflady biurka wyciągając grubą, granatową teczkę.
Wzrokiem jeździłam między twarzami Dominika i Edwarda oraz plikiem dokumentów, który rozłożony został na blacie.
- Dominiku, wiesz dlaczego tu jesteś? - zapytał, zerkając na Wysockiego znad kartki zapełnionej czarnym drukiem.
Jego pytanie brzmiało komicznie. Czułam się jak w reality show lub teleturnieju. Z trudem powstrzymałam wybuch śmiechu.
- Nie mam pojęcia - przy odpowiedzi wzruszył ramionami, wprowadzając na twarz niepewny uśmiech.
- Nie przedłużajmy - westchnął, na widok mojej zniecierpliwionej miny. - Dawid zdecydował się podzielić swój majątek na waszą dwójkę.
- Co?! - wyrwałam się krzykiem.
Otworzyłam szeroko oczy, czując, jak moje serce przyspieszało z sekundy na sekundę.
Nie byłam skąpa. Nie zależało mi na pieniądzach ojca. Naprawdę. Wręcz byłabym szczęśliwa, gdyby okazało się, że wszystkie jego pieniądze, samochody i mieszkania przekazano organizacjom charytatywnym. Ciężko było mi jednak zaakceptować nazwisko Dominika wpisane w ten pieprzony testament.
- Chyba pan żartuje... - pokręcił głową Wysocki, nie będąc w stanie przetworzyć zaskakującej informacji.
Doskonale zdawał sobie sprawę, iż mój ojciec nie był biedakiem.
- Dom na Hoserów, mieszkanie w Sopocie, mieszkanie w Krakowie, klinika, cztery samochody i... trochę pieniędzy - wymienił Edward, spoglądając w kartkę. - Będziecie naprawdę majętnym małżeństwem - dodał z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Uniosłam jedną brew, przyglądając się dokładnie Lipińskiemu.
- Ślub też mamy wziąć? To też tam wpisał? - odpowiedziałam ironicznie.
- Nie - jego ton był radosny. - No ale kiedyś zapewne się zdecydujecie - przytaknął kilkukrotnie, jakby chcąc przekonać nas do małżeństwa.
- Zgadza się - uśmiechnęłam się sztucznie, szybko dodając. - Pomijając fakt, że nie rozmawiamy ze sobą odkąd wyjechałam z Polski, a Dominik jest już po ślubie z Zofią Łęczycką... - moją twarz wciąż rozpromieniał udawany uśmiech.
Nie mogłam doczekać się, aż ujrzę zaskoczoną minę Edwarda. Dałam mu kilkanaście sekund. Przetwarzał w głowie uzyskane informacje, głupiejąc.
- Czyli... Hmm - raz jeszcze przyglądnął się testamentowi. - Czy Dawid wiedział, że nie jesteście parą? - zmarszczył brwi, próbując znaleźć sensowne wytłumaczenie.
- Oczywiście - prychnęłam, oburzona.
No dobrze, a co... jeśli nie wiedział? Jeśli myślał, że wyjechałam do Anglii z Dominikiem? Jeśli zapisał majątek naszej dwójce, abyśmy mogli kupić piękny dom i założyć rodzinę? Byłoby to fatalnym nieporozumieniem...
- Wrócimy do tego za moment - pokręcił przecząco głową, odkładając kartkę na bok. Splótł dłonie na blacie, patrząc mi prosto w oczy. - Czy Dawid rozmawiał z Tobą o Agnieszce?
Powoli wprowadziłam na twarz uśmiech, całkowicie pogubiona w swoich myślach. Czy to nie ten moment w którym powinnam była się obudzić i głośno śmiać z niedorzecznego snu?
- O Agnieszce? No proszę! Zaskocz mnie czymś jeszcze! - roześmiałam się, zdezorientowana. - To jego nowa dziewczyna? Może żona? A może to imię psa? - uniosłam brwi, czekając na odpowiedź.
Edward poprosił Dominika, aby na chwilę zostawił nas samych. To wtedy zorientowałam się, iż sprawa była delikatna. Mina prawnika wyjątkowo spoważniała, gdy intensywnie myślał nad tym, co powinien powiedzieć.
- Byłem bardzo bliskim przyjacielem twojego ojca, Olu - zaczął, widocznie się stresując. - Chcę porozmawiać o losie Agnieszki nie ze względu na to, że jestem prawnikiem, a Dawid zawarł coś w papierach. Chcę porozmawiać o niej jako przyjaciel twojego taty.
Siedziałam nieruchomo, nie mając pojęcia, czego powinnam się spodziewać. Nawet nie stworzyłam w myślach przypuszczalnego scenariusza. Jedynie wyczekiwałam niecierpliwie, aż mężczyzna wszystko mi wyjaśni.
- Dobrze - przytaknęłam, po czym przełknęłam głośno ślinę.
Stresowałam się jak diabli.
- Ponad pół roku temu Dawidowi trafiła się pacjentka w podeszłym wieku. Była jedną z tych, których nie było już sensu leczyć. Kobieta po prostu czekała na śmierć. Nowotwór przejął całkowitą kontrolę nad jej ciałem - mężczyzna zatrzymał się, jakby myśląc nad ciągiem dalszym historii.
- Niech zgadnę - wtrąciłam, z zainteresowaniem przygryzając wargę. - Zaprzyjaźniła się z moim ojcem, stał się cud i kobieta wciąż żyje, a to mój ojciec umarł? I oczywiście ma na imię Agnieszka, hm? - uniosłam jedną brew, czując się jak Sherlock po zakończonym śledztwie.
Edward uśmiechnął się delikatnie, kręcąc przecząco głową.
- Gdyby to było takie proste... - westchnął, wciąż rozpromieniając twarz cieniem uśmiechu. - Niestety Pani Marta zmarła kilka tygodni po trafieniu do szpitala. W związku ze śmiercią pacjentki, jej wnuczka, którą pacjentka się opiekowała, trafić powinna do domu dziecka. Nie trafiła tam jednak, gdyż...
- O nie... - moja mina całkowicie zrzedła, gdy ciało bezwładnie opadło na fotel. - Ojciec zaadoptował Agnieszkę?
Lipiński wzruszył ramionami, wzdychając bezradnie.
- Tym razem masz rację.
Czując, jak pocą mi się dłonie, przetarłam je o spodnie. Moje życie było jakimś nieporozumieniem. Jeszcze nigdy nie miałam aż tylu problemów w jednym czasie. Trasa Eda, sekretny wyjazd do Polski, śmierć ojca, podział spadku, spotkanie z Dominikiem, moja adoptowana siostra i pocałunek z Tomem. O tak, dokładnie, gdzieś z tyłu głowy nie przestawałam myśleć o pocałunku z Tomem.
- Dowal czymś jeszcze - niemal krzyknęłam. - No dawaj! Może ojciec ma długi na grube miliony?! A może moja matka wyszła z więzienia i mnie szuka?! - uniosłam obie brwi, nie panując nad swoim zachowaniem.
- Olu... - mężczyzna przyglądnął mi się z wyraźnym współczuciem w oczach. - Wiem, że jest ci ciężko, ale...
- Nie jest mi ciężko - wzruszyłam obojętnie ramionami. - Ja po prostu nie mam pojęcia, co robić. Zaakceptować przejęcie połowy spadku przez Dominika i żyć spokojnie z myślą, że ta szmata Zosia Łęczycka kupuje sobie samochód za pieniądze mojego ojca? Zostawić adoptowaną siostrę w domu dziecka i męczyć się z wyrzutami sumienia? Zadzwonić do Eda i powiedzieć, że cholernie podoba mi się Tom i nic z tym nie zrobię?
Po zadaniu ostatniego pytania, mentalnie przywaliłam sobie w twarz. Czy ja naprawdę chciałam przeprowadzić z prawnikiem ojca przyjacielską rozmowę? Chyba zwariowałam.
- Musisz podjąć kilka bardzo ważnych decyzji. Wiem tylko, że najlepiej będzie, jeśli zadecydujesz sama.
- Zadzwonię jutro - mruknęłam, wstając z fotela i kierując się w stronę wyjścia.
Resztę dnia spędziłam w hotelowym pokoju. Przebrałam się w piżamę, dużo jadłam, oglądałam dziwne programy telewizyjne. Udało mi się przeprowadzić kilka myślowych debat, w których to naprzemiennie opozycja i propozycja przedstawiały swoje argumenty. Znalazło się kilka, które mogłyby przekonać mnie do adopcji, gdy w tym samym czasie tysiące innych całkowicie odradzały mi wprowadzenie do swojego życia dziecka. Zdecydowana większość głosów w głowie wyjaśniła, iż na sprawę z podziałem majątku nie mam wpływu. Oczywiście analizowałam użycie karalnych gróźb, które skłoniłyby mojego byłego faceta do zrzeczenia się spadku, ale jednak resztki człowieczeństwa odwiodły mnie od tego pomysłu.
Obudziłam się dość wcześnie, wzięłam prysznic, założyłam schludne ubrania i zadzwoniłam do Niny.
- Halo? - przywitał mnie jej cichy, zaspany głos.
- Hej - zaczesałam nerwowo włosy, chodząc w koło po dywanie. - Wciąż jestem w Polsce. Jednak wrócę dziś wieczorem.
- No... - na moment zamilkła. - A powiedziałaś już Edowi o swoim wyjeździe?
Dlaczego zadała to pytanie?! Czy chciała mnie bardziej zestresować?! Doskonale wiedziała, że nie powiedziałam. I nie miałam zamiaru. I czułam się z tym naprawdę źle.
- Nie, Nino. Nie musi o tym wiedzieć. Wracam za kilkanaście godzin - przewróciłam teatralnie oczami. - Muszę kończyć. Trzymaj się!
- Ola! - przebiła się Nesbitt, zanim zdążyłam się rozłączyć.
- Co się dzieje? - zmarszczyłam brwi, zaniepokojona.
- Pamiętaj, że Ed jutro wylatuje. Lepiej, żebyś się z nim nie minęła...
- Mówiłam już, że wracam dzisiaj wieczorem. Na sto procent - odpowiedziałam jej stanowczo.
Całkowicie straciłam rachubę czasu. Zapomniałam o tym, że Ed leci w trasę już następnego dnia... Postanowiłam jednak, że zamiast myśleć nad swoim beznadziejnym położeniem, załatwię wszystkie sprawy w kilkanaście godzin i wrócę do Londynu.
Zdeterminowana opuściłam hotelowy pokój, a następnie taksówką udałam się na wcześniej umówione spotkanie z Edwardem Lipińskim.
Usiedliśmy w jednej z kawiarni, w okolicy domu rodziny zastępczej, gdzie od niedawna mieszkała Agnieszka.
- Boję się, że zmięknie mi serce, gdy ją zobaczę... - spojrzałam niepewnie na mężczyznę, znów przekraczając granice.
Znałam tego gościa od jednego dnia. Dlaczego traktowałam go jak przyjaciela?
W odpowiedzi Lipiński roześmiał się, kręcąc przecząco głową.
- Wątpię. Nie jest jedną z tych małych, słodkich dziewczynek.
- Ma pięć lat. Musi być słodka - zmarszczyłam brwi, wiedząc, że mam rację.
Edward otworzył szerzej oczy, jakby samą mimiką chciał pokazać mi, iż bardzo się mylę.
- Za pół godziny zmienisz zdanie. Zobaczysz, jaka jest... słodka - pokręcił kilkukrotnie głową, podnosząc się z miejsca.
Kilka minut później spacerowaliśmy w kierunku miejsca, gdzie miałam spotkać się z dziewczynką. Nie byłam zdenerwowana. Byłam wręcz podekscytowana. Chciałam już zobaczyć małą i dowiedzieć się, kim była moja siostra.
Weszliśmy do starej kamienicy, a następnie wspięliśmy się po schodach na drugie piętro. W drzwiach przywitała nas uśmiechnięta szeroko kobieta, która z radością zaprosiła nas do salonu. Usiedliśmy na miękkim tapczanie pokrytym fioletowym kocem, gdy właścicielka mieszkania poszła do kuchni. Przed nami znajdował się niski stolik kawowy, którego rogi ubite były w spektakularny sposób. Wyglądał, jakby przetrwał obie wojny. Całe pomieszczenie urządzone było dość oryginalnie. Nie miałam pojęcia, jakim cudem w jednym pokoju dziennym udało się zmieścić aż trzy meblościanki...
Moim przemyśleniom przerwał głos gospodyni, która ustawiała na stoliku paterę z pokrojonym sernikiem.
- Przyprowadzić już Agnieszkę, czy dać państwu jeszcze chwilę? - zapytała, atakując nas przerażającym uśmiechem.
- Może ją pani przyprowadzić - odpowiedziałam półgłosem, mierząc podejrzliwym wzrokiem ciasto.
Ostatnim, na co miałam ochotę, było wpieprzanie sernika...
- Pozwól, że ucieknę do kuchni i zostawię was same... - prawnik posłał mi miły uśmiech, po czym zniknął gdzieś za drzwiami salonu.
Raz jeszcze spojrzałam na fioletowy koc, jedną z meblościanek, puszysty sernik...
- Agnieszko, oto Ola - usłyszałam irytujący głos gospodyni.
W progu, obok kobiety, stanęła drobna blondynka. Była naprawdę chuda, a przy tym niska. Jej włosy nie sięgały nawet podbródka. Ścięte były równo, jak od linijki. Tak samo z resztą grzywka, która kończyła się na wysokości brwi. Przyglądała mi się granatowymi tęczówkami, całkowicie obojętnym wzrokiem.
- Wyjdź, Dario. Muszę z nią porozmawiać - odezwała się dziewczynka.
Na jej słowa zmarszczyłam brwi, omal nie wybuchając śmiechem. Pięciolatka wyglądała komicznie, gdy mówiła tonem osoby dorosłej.
Gospodyni posłusznie odeszła, a dziecko zamknęło drzwi salonu. Podeszła do stolika kawowego, spod którego wysunęła pufę, a następnie usiadła na niej, tuż naprzeciw mnie. Mierzyła mnie mroźnym spojrzeniem, nie okazując żadnych oznak radości.
- Jesteś córką Dawida, matka zrobiła ci coś złego i siedzi w więzieniu, wyjechałaś z Polski - powiedziała na jednym wdechu, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Miałam potwierdzić? Czekać na ciąg dalszy? Nie odzywałam się, mierząc ją tępym spojrzeniem. Była ciekawa.
- Tyle o tobie wiem. Powiedz coś jeszcze - wzruszyła obojętnie ramionami, wyczekując mojej odpowiedzi.
- Ja nie wiem o tobie nic. Ty zaczynasz - wyrzuciłam z siebie automatycznie, zapominając, że rozmawiam z pięciolatką.
- Nie znam moich rodziców, mieszkałam z babcią. Babcia umarła, więc wziął mnie twój ojciec. Twój ojciec też umarł, więc... - rękoma wykonała ruch, który wskazać miał na nasze najbliższe otoczenie. - Utknęłam tutaj.
I znów zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem.
- Gdzie mieszkasz? - poruszała jedynie ustami, gdy reszta jej ciała zastygła w bezruchu.
- W Londynie - odpowiedziałam jej szybko, nie będąc w stanie myśleć.
Byłam przekonana, że to moje życie było do bani. Nagle uświadomiłam sobie, iż wcale nie było tak źle...
- Jesteś znajomą Eda Sheerana?
- Co?! - zareagowałam, wyrwana z zamyślenia. - Skąd to pytanie?
- Nieważne. Jesteś za stara, żeby wiedzieć o co chodzi... - westchnęła, zawiedziona.
Wciąż jednak zachowywała swoją poważną postawę.
- Czyżby? - przyglądnęłam się dokładnie jej twarzy, zainteresowana. - Wytłumacz mi więc.
Chciałam nieco przełamać jej ciężki charakter.
- No dobrze. Ed Sheeran jest kolegą Taylor Swift, a Taylor Swift jest... moim światem - jej twarzy nie opuszczała grobowa powaga.
- Za kilka dni Ed i Taylor jadą w trasę po Ameryce - napomknęłam, dokładnie obserwując jej minę.
Kąciki jej ust delikatnie drgnęły. Mimo tego, że blondynka starała się opanować, jej brwi wysoko się podniosły. Otworzyła szeroko ciemne oczy, z trudem powstrzymując wargi przed uchyleniem. Była w szoku.
- Mówisz po angielsku? Choć trochę? - przygryzłam dolną wargę, nie wierząc w to, co planowałam zrobić.
- Mówię. Trochę - przyglądała się dokładnie mojej twarzy, jakby chciała rozszyfrować coś z mej mimiki.
- Chcesz mieszkać tutaj i od święta jeść sernik, czy mieszkać w Londynie i iść na koncert Taylor? - starałam się być poważna, jak ona.
- W Londynie i iść na koncert Taylor - odpowiedziała stanowczo, po czym przełknęła głośno ślinę.
Przytaknęłam, z trudem utrzymując z nią kontakt wzrokowy. Czy ja właśnie zdecydowałam się na adopcję dziecka? Ja? Matko... Ledwo radziłam sobie z opieką nad samą sobą, a teraz niby miałabym kierować życiem pięciolatki. Super.
- Nie wiem, ile czasu zajmuje proces adopcji, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć ci, kiedy dokładnie wylecimy z Polski... - dłoń ułożyłam na czole, uświadamiając sobie, co właśnie zrobiłam.
Zdecydowałam, że zostanę matką dziecka, które znam od dziesięciu minut. Świetna decyzja. Godna poważnej, dorosłej kobiety.
- Dlaczego chcesz mnie adoptować? - pytaniem przykuła moją uwagę.
Odpowiedziałam błyskawicznie, jakby powód był oczywisty.
- Bo wiesz, kim jest Ed Sheeran.
Zauważyłam, że uniosła kącik ust. Tyle mi wystarczyło, żeby wiedzieć, iż podjęłam dobrą decyzję.
Spodziewałam się kilku tygodni walki o opiekę nad Agnieszką. Byłam w stanie znaleźć miliony powodów, które czyniłyby ze mnie beznadziejnego prawnego opiekuna. To pięciolatka mogłaby zostać moją matką, nie odwrotnie.
Odwróciłam głowę w prawo, przyglądając się drobnej blondyneczce, która z zainteresowaniem podnosiła się z miejsca, chcąc wyjrzeć przez niewielkie, samolotowe okno. Mimo tego, że była niesamowicie podekscytowana, próbowała jak najlepiej kamuflować emocje.
Dzień po naszym pierwszym spotkaniu, o godzinie szóstej rano, czekałyśmy na start samolotu. Ojciec jeszcze przed śmiercią podpisał kilka dokumentów i załatwił jakieś papiery, które umożliwiały mi szybkie przejęcie opieki nad dziewczynką. Byłam w szoku, gdy okazało się, iż szybkie przejęcie opieki oznacza natychmiastowe zabranie ze sobą dziecka z rodziny zastępczej. Mała była za to w szoku, gdy dowiedziała się, iż do Londynu lecimy z samego rana dnia następnego.
Z torebki wyciągnęłam telefon, po czym przez kilka minut zaciskałam go w dłoni.
Poprzedniego dnia odrzuciłam każde połączenie od Eda. Czułam się z tym okropnie, ale naprawdę nie mogłam z nim rozmawiać, gdy adoptowałam dziecko...
- Cześć - zaczęłam trzęsącym głosem, opuszczając głowę. - Przepraszam, że dopiero...
- Co jest z tobą? - przerwał mi ochrypłym głosem.
Przygryzłam wargę, nie mając pojęcia, co powinnam powiedzieć.
- Dzwoniłem cały dzień, chciałem się spotkać i pożegnać. Dlaczego nie odbierałaś? O co chodzi? - dopowiedział, a w jego głosie słyszałam zarówno zawód, jak i zdenerwowanie.
- Bo... Jestem teraz... - dukałam.
- Za godzinę wylatuję. Mam pożegnać się przez telefon, czy całkowicie omijamy tę część z pożegnaniem? - zapytał z wyrzutem, nie kryjąc złości.
- Zaczekaj, aż wrócę! Proszę! - krzyknęłam, panikując.
Dlaczego dopiero teraz dowiadywałam się, iż opuszcza Europę z samego rana?!
- Aż wrócisz? Skąd wrócisz?
- Jestem... po prostu zaczekaj... zaczekaj, aż wrócę - mówiłam niemal szeptem, mając nadzieję, że Ed zechce mnie posłuchać.
- Nie mogę czekać, Olka. I co więcej... - zatrzymał się na moment. - Chyba nawet nie chcę czekać.
Przestałam oddychać. Uchyliłam wargi, mierząc martwym wzrokiem jeden punkt i zbyt często mrugając. Byłam w szoku.
Na moment spojrzałam w oczy małej dziewczynce, zajmującej miejsce obok.
Miałam zostać dla niej autorytetem. Nie powinnam bawić się w dramatyczne związki, płacz, krótkie rozstania, które i tak kończyłyby się wielkim powrotem... Musiałam z tego wyrosnąć.
- Nie czekaj. To koniec - rozłączyłam się, nie chcąc dać sobie chwili na zmianę zdania.
Po odłożeniu telefonu do torebki, przyglądnęłam się pięciolatce. Powoli rozłożyłam ramiona, chcąc ją objąć. Bacznie obserwowała moje zachowanie. Uniosła jedną brew, widocznie zniesmaczona.
- Nie przytulaj mnie. Nie lubię tego - oznajmiła chłodno.
- Nie chcę cię przytulić. Chcę, żebyś to ty przytuliła mnie - odpowiedziałam jej łamiącym głosem, czując, jak po moich policzkach zaczęły cieknąć krople łez.
Dziewczynka przyglądnęła się dokładnie mojej marnej twarzy. Nie minęła sekunda, a swoimi kruchymi rękoma oplotła mnie w pasie. Zacisnęła tak mocno, że z trudem łapałam oddech. Byłam jej za to naprawdę wdzięczna.